Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
środa, 17 lutego 2010
Avatar

Na wstepie tego posta... chcialabym przeprosic moja blogowa kolezanke chiare76 za... tego posta ;) Tych, ktorzy nie wiedza dlaczego zapraszam tutaj: http://chiara76.blox.pl/2010/01/zagladam-do-lodowki-a-tam.html ;) (chiara76 w ramach przeprosin robie Ci reklame ;))

Mnie Avatar nie przyatakowal ostro. Moze dlatego, ze wyjezdzajac z Polski poltora roku temu odcielam sie radykalnie od mediow (i nie mysle tu o cieplej wodzie i pradzie ;)). Telewizja w formie szczatkowej, prasa w ilosci sladowej... Zobaczylam zajawke Avatara w kinie i... szepnelam P. na ucho, ze chce go zobaczyc.

Skrzywil sie.

O dziwo!

Zazwyczaj to ja wzdrygam sie na mysl o filmach, w ktorym bohaterom zeby wyrastaja z kolana, a na glowie sterczy ogon. Wszelkie fantasy i fiction c'est pas mon truc/ to nie moja rzecz.

Tym razem jednak to, ze postacie maja 3 metry, dlugie ogony, twarze podobne do kotow i sa niebieskie (a moze wlasnie dlatego ;) - przez podobienstwo do Smerfow ;)) nie odstraszylo mnie! Jest w nich cos ladnego (bo ludzkiego?! ;)). Sa bardzo estetycznie zaprojektowane. Jak zreszta caly ten film. Avatar jest po prostu... ladny.

Akcja dosc prosta - glowny bohater wpada przez przypadek w swiat zupelnie rozny od tego ktory zna, nie umie sie odnalezc, reaguje wrogo, nie jest akceptowany, po czym wszystko sie odwraca o 180 stopni - zyskuje akceptacje grupy, staje sie jej zagorzalym obronca... uff...

Tym, co decyduje o niezwyklosci tego obrazu jest... obraz wlasnie. Fantastycznie zielone drzewa, oryginalnie wiszace w powietrzu skalne wysepki polaczone lianami, trawa mieniaca sie w nocy milionami malenkich swiatelek... No i to, ze to wszystko ogladamy w trzech wymiarach.

Prawdopodobnie Avatar na naszym niewielkim domowym telewizorze, tradycyjnie w dwoch wymiarach zrobilby niewielkie plaskie wrazenie ;) Ale ta rozswietlona trawa, po ktorej stapamy...

Chiara76 idz! ;)

wtorek, 08 grudnia 2009
La route/ Droga

Zwiastun prezentowal sie zachecajaco. Film drogi, w ktorym zamiast zwyczajowych niemlodych Amerykanek rozbijajacych sie swoim odkrytym krazownikiem szos po bezdrozach Stanow Zjednoczonych, mamy ojca i syna zmierzajacych mozolnie na poludnie. Na POLUDNIE, gdzie jest cieplej i istnieje nadzieja na lepsze zycie. A moze po prostu na... jakiekolwiek zycie. Znajdujemy sie bowiem na Ziemi PO WIELKIEJ KATASTROFIE. Na Ziemi, na ktorej nie ma juz zwierzat (bo zostaly zjedzone), nie ma juz zbyt wielu ludzi (bo wzajemnie sie zjadaja). Na Ziemi, na ktorej pozostal las, morze i szpetne resztki ludzkiej cywilizacji (kilka swietnych kadrow z wrakami statkow, czy zlozonymi jak harmonijka mostami).

Zwiastun prezentowal sie zachecajaco.

Podczas czolowki widzimy szczesliwa amerykanska rodzine z przedmiesc. Usmiechnieta, wsrod kwiatow... Kobieta spodziewa sie dziecka.

Koncza sie napisy i... wpadamy w szary, lodowaty swiat, w ktorym szczesliwy mezczyzna z czolowki zarosniety i odziany w szmaty popycha delikatnie chlopca w wielkiej welnianej czapie kurczowo sciskajacego dlugouchego pluszaka. Nie wiemy, co sie stalo. Jest juz po wielkiej katastrofie, ale... nie wiemy, co sie stalo! Nie ma z nimi kobiety, ktora, jak sie domyslamy, jest matka chlopca. Dlaczego jej nie ma?!

Dowiadujemy sie pozniej, bo droga chlopca i jego ojca przeplatana jest scenami z ich wczesniejszego zycia.

Ten niechronologiczny sposob przedstawienia historii oraz bezpardonowe wepchniecie nas w swiat PO KATASTROFIE (co sie w koncu stalo?!!!) powoduje, ze dlugo trudno jest zidentyfikowac sie z bohaterami. Sceny, ktore normalnie powinny wyzwalac w nas emocje – nie czynia tego. Jest bezbarwnie, choc wydarzaja sie rzeczy istotne.

Dopiero drastyczna scena w srodku filmu budzi z letargu. Dalej nieco latwiej jest sie zaangazowac, ale nadal nie ma przepisowego sciskania w gardle pod koniec filmu.

Co dziwne aktorsko film jest swietny. Zarowno Viggo Mortensen, jak i pokazujaca sie krotko na ekranie Charlize Theron fantastycznie odgrywaja caly wachlarz emocji.

Ale film nie porusza.

Krajobraz wydaje sie nie do konca przekonujacy – choc nie umiem wytlumaczyc dlaczego (czy rzeczywiscie tak wygladac mialby swiat PO WIELKIEJ KATASTROFIE?), scena z Coca-Cola zbyt amerykanska, a final lekko przeslodzony, ale PRZEDE WSZYSTKIM film nie wyzwala emocji. Nie porusza.

A zwiastun prezentowal sie zachecajaco.

czwartek, 03 grudnia 2009
Capitalism: a love story

Michael Moore sie nie zmienia.

Ani fizycznie - nadal stanowi najmniej atrakcyjny wizualnie element swoich filmow ;)

Ani duchowo – caly czas prezentuje w swoich obrazach czarno-biala wizje swiata. Podzial na dobrych, czyt. BIEDNYCH DEMOKRATOW (God bless Barak O.!) i na zlych, czyt. BOGATYCH REPUBLIKANOW (co zlego to George B.).

Na niedoskonala Ameryke i swietnie zorganizowana Europe.

Nadal mocno czuc tu demagogia oraz uproszczeniami. Moore jak zwykle wybiera fakty dla potwierdzenia pewnych z gory obranych tez. Prezentuje obraz baaaaaaaaaaaaardzo relatywny, daaaaaaaaaaaaaaaleki od obiektywizmu (ale przeciez to autorska tworczosc, a nie notatka dla Ministerstwa Gospodarki ;)). Raczy nas sentymentalizmem, i drazni wyciskajac ze swoich bohaterow lzawe wyznania.

Ale... w tym szalenstwie jest metoda.

Michael Moore nie pozostawia nas obojetnymi. Jego filmow  - po wyjsciu z kina - nie podsumowuje sie zdawkowym: ok i przechodzi na temat metra, ktore nie przyjezdza; ale wracajac dyskutuje sie tak, ze spoznianie sie kolejki pozostaje niezauwazalne.

Bledy i wypaczenia, ale tez kilka interesujacych nieznanych faktow. A wszystko to podane w komiksowo-clipowym sosie a la MTV.

Tym razem o swiatowym kryzysie ekonomicznym, kapitalizmie i amerykanskiej demokracji.

Po prostu Michael Moore.

God bless Barak O., a co zlego to George B.

piątek, 20 listopada 2009
Entre les murs/ Klasa

Zlota Palma na ubieglorocznym festiwalu w Cannes. Film, ktory zburzyl moj spokoj.

Rok z zycia czwartej klasy jednego z 'trudnych' paryskich gimnazjow (w XX - czyli 'mojej' - dzielnicy). Czwarta klasa oznacza 13-14-latkow. Mlodziez, ktora bada i probuje przesunac granice. Ktora pyta nauczyciela, czy to prawda, ze woli mezczyzn. Ktora poproszona o czytanie, w sposob bezczelny mowi, ze nie bedzie tego robic, bo nie ma ochoty. Ktora w przyplywie wscieklosci tutoie/ mowi na ty swojemu profesorowi. Mlodziez krnabrna, niezdysycplinowana, bez idealow i zasad...

Mlodziez, ktora wzbudzila u mnie przerazenie. Przez moja glowe przelatywaly mysli godne 'trzeciego wieku' - ach, ta dzisiejsza mlodziez! mysmy tacy nie byli! swiat zmierza ku katastrofie! Oraz obawy o szkolna przyszlosc mojego potomka (zdecydowanie przedwczesne, ale od tego sie jest kobieta, zeby sie martwic na zapas ;)).

P. probowal zalagodzic moje zaniepokojenie tlumaczac, ze kazde mlodsze pokolenie jest bardziej rozpasane niz poprzednie, a w koncu 'wychodzi na ludzi' (przypomnij sobie, co mowili o nas dziadkowie i rodzice, kiedy bylismy nastolatkami). No i, zaproponowal powrot do problemu edukacji naszych latorosli za kilkanascie lat :P

Silna pofilmowa trauma spowodowala zainterowanie tematem edukacji mlodziezy we Francji (bo przeciez w Polsce na pewno tak nie jest! po czym przypomnialam sobie glosny przypadek agresji wobec nauczyciela w Toruniu sprzed kilku lat). Przeczytalam komentarze do filmu zarowno nauczycieli, jak i uczniow. Odetchnelam. W filmie pokazane jest 'TRUDNE' gimnazjum. W trudnej dzielnicy ;) Dosc krytycznie przyjete jest zachowanie glownego bohatera - profesora jezyka francuskiego/ wychowawcy klasy - ktory probuje zaprzyjaznic sie z uczniami, nie tworzy - szczegolnie potrzebnego w tym wieku - wyraznego dystansu - uczen-nauczyciel, swoim zachowaniem doprowadzajac do zgubnego rozluznienia atmosfery.

Entre les murs powstal na podstawie ksiazki autorstwa François Bégaudeau, ex-profesora w jednym z paryskich gimnazjow i… odwtorcy glownej roli - nauczyciela. Trzeba przyznac, ze zagral ‘jak z nut’. Rownie fantastycznie spisala sie cala mlodziezowa obsada (moja szczegolna ulubienica to niesubordynowana Esmeralda - na zdjeciu w dresowej bluzie z 3 paskami). Dosc powiedziec, ze przez 2/3 filmu bylismy przekonani z P., ze jest to dokument!!!

Tresc, ktora wydawac by sie moglo, nie powinna mnie obchodzic (syndrom Czarnego ogrodu M.Szejnert ;)) oraz niewyszukana forma i... mamy film, ktory budzi mozg z codziennego uspienia.

Entre les murs mozna zobaczyc obecnie na Canal +.

W Polsce film funkcjonuje pod tytulem Klasa http://www.filmweb.pl/f449118/Klasa,2008

poniedziałek, 12 października 2009
Le Petit Nicolas

Zainaugurowalismy z P. nasz jesienno-zimowy sezon kinowy  filmem... Le Petit Nicolas ;)

Niepowazne to takie ze strony jednej, ale z drugiej... toz to sama klasyka francuskiej literatury dzieciecej. Nie tylko zreszta francuskiej. Moja najlepsza przyjaciolka zaczytywala sie Mikolajkiem w dziecinstwie (ja odkrylam go znacznie pozniej - jeszcze na poczatku naszej znajomosci P. przywozil mi tomiska z rozesmianym bonhomme'm/ czlowieczkiem pedzacym do szkoly w rozchelstanej marynarce ;) - na nim szkolilam pewien arcytrudny jezyk romanski ;)).

P. podsluchal gdzies, ze film jest kiepski. O taka opinie nietrudno w przypadku filmu, ktory jest ekranizacja TAKIEJ ksiazki. Pamietacie jak dokonywano u nas ekranizacji Pana Tadeusza albo Ogniem i mieczem? Wszyscy to znaja, wiec kazdy moze sie wymadrzac... Wszyscy czekaja, wiec kazdy moze wyrazic swoja dezaprobate... No i jeszcze te rysunki. W zbiorowej swiadomosc Mikolajek to czlowieczek narysowany fantastyczna kreska Jean-Jacques Sempé. Trudno wiec sie dziwic, ze nielatwo sie przekonac (ale mi konstrukcja tu powstala ;)) do pucolowatej twarzy dziewczeco slicznego Maxime Godart (filmowy Nicolas).

Ale film jest po prostu drolement chouette (to nie ja, to Madame Figaro). Bardzo udana dziecieca obsada (moj ulubieniec to Victor Carles vel Clotaire - celui qui est dernier de la classe/ ten, ktory jest ostatni w klasie - genialna scena, kiedy Clotaire zastanawia sie nad odpowiedzia na pytanie ministra: jaka rzeka przeplywa przez Paryz?), swietna scenografia (akcja toczy sie w latach 60-tych, kiedy stolica Francji byla mniej zaludniona ;) a panie nosily wysokie ;) fryzury i pastelowe opaski) i przede wszystkim naprawde niemalo smiechu (mnie najbardziej rozbawila scena, w ktorej mama Nicolasa podczas kursu prawa jazdy wykonuje... 'koperte' :D).

Dla dzieci malych i duzych. Polecam :)

środa, 22 lipca 2009
U2 w Berlinie, czyli jesli na koncert to tylko do Niemiec

Po miazdzacej krytyce Madonny przyszedl czas na... U2.

Nieee... ;) Takiej tu nie znajdziecie chocby przez wzglad na przytlumiona, ale nadal nie gasnaca, atencje dla Bono (nr dwa na mojej meskiej liscie do wielbienia ;)).

To wlasnie dlatego wywialo nas na weekend do Berlina.

Koncert U2 byl... dobrym rockowym koncertem. Nic ponad i nic ponizej (uff...).

Ot - bylo minelo - chcialam zobaczyc Bono, Edge'a, Adama i Larry'ego na zywo (ze szczegolnym naciskiem na tego pierwszego! - a co tam dlaczego tylko w facetach ma pozostawac cos z dziecka ;) niech i nam wolno miec swojego nastoletniego idola z plakatu ;)) i zobaczylam. Hmm... bardziej na ekranie, bo trudno bylo dostrzec grymas na twarzy maciupenkiej figurki biegajacej gdzies tam hen... hen... na dalekiej scenie ;)

Chcialam uslyszec - i uslyszalam.

Razem z blisko setka tysiecy niemieckich (choc nie tylko; z duma przyobserwowalam - a raczej P. - dwie polskie flagi tuz przed scena) fanow.

I wiem jedno - jesli na koncert to tylko do Niemiec ;) Publicznosc byla genialna! Nie wiem, czy to zaprawa uzyskana na meczach niemieckiej reprezentacji, czy podczas Oktoberfest ;), ale... tam sie spiewa, tam sie bije brawo, tam sie... pije piwo ;) (zadawalismy sobie z P. pytanie ile cystern wypil caly stadion? ;)).

Pierwszy raz bylam na koncercie z tak fantastyczna publika - a moze to nie chodzi o to, ze Niemcy, ale o to, ze fani U2? ;)

It was a beautiful day, Don't let it get away, Beautiful day

czwartek, 16 lipca 2009
Futuroscope, czyli kiedy w kinie pachnie lasem

Marzylo Wam sie kiedys, zeby kino dzialalo na pozostale zmysly, nie tylko na wzrok? Zeby w kinie pachnialo kwiatami wisni, kiedy ogladamy Jasminum? Albo, zeby i nam bylo dane czuc wiatr, ktory unosi piorko w Forrescie Gumpie?

No wiec spiesze doniesc (niewtajemniczonym, bo sadze, ze sporo osob juz o tym wie, a moze nawet mialo okazje sprobowac ;)), ze uczynilismy juz maly kroczek w tym kierunku :)

Ja - po sprobowaniu po raz pierwszy we wrzesniu ubieglego roku - nie moglam sobie odmowic powtorki. Wracajac ze wspomnianego wesela przez Poitiers zatrzymalismy sie w Futuroscope.

Jest to takie przyjemne miejsce dla tych, ktorzy wyrosli juz z Disneylandu, ale nadal lubia zaspokajac swoje dzieciece zachcianki.

Futuroscope to kompleks kin (i nie tylko, ale to wlasnie kina czynia go wyjatkowym ;)), w ktorym mozemy:

- wystawic glowe z pedzacego pociagu,

- przejechac sie waziutkimi uliczkami Poitiers wyscigowka! z zupelnie niedozwolona predkoscia!!!

- wybrac sie na mala przebiezke nad ziemia ze stadem dzikich ptakow,

- karmic wirtualnym jedzeniem wirtualne zwierzeta przyszlosci,

- pokrecic sie wokol Ziemi z odlamkami skaly, z ktorych powstal Ksiezyc.

A wszystko to dzieki:

- rozszalalym krzeselkom,

- ekranom pod nogami, z tylu, z boku i nad glowami,

- dziwacznie wygladajacym okularom ;)

Ja bylam dwa razy i... nie powiedzialam jeszcze ostatniego slowa. Aaaaaaaaaaaa-psik (ci, co byli wiedza dlaczego ;), a tym, ktorzy jeszcze nie byli goraco polecam! :))

http://www.futuroscope.com/

środa, 15 lipca 2009
14 lipca - Fete Nationale

 

Zdjecia P. - jak zwykle ;)

http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/14LipcaFeteNationale#

piątek, 10 lipca 2009
Koncert Madonny w Paryzu, czyli, jak skutecznie zmasakrowac wlasna muzyke

Jesli lubicie Madonne za Vogue, La isla bonita, czy Frozen nie idzcie na koncert 15 sierpnia w Warszawie!

Jesli hity zmiksowane na klubowa modle Was nie bawia sprzedajcie jak najszybciej bilety!

Jesli smiesza Was ryczace czterdziestki  to...

... chyba jednak wolalabym tego nie ogladac i miec nadal przyjemny popowo-kobieco-seksualny wizerunek arstystki w glowie.

Zaczelo sie od umpa-umpa-umpa, czyli rytmicznego technopodkladu, i... w ten sposob zagrano wszystko:

- Holiday - podczas, ktorego gwiazda przebrana za wczesna Britney Spears (krotka spodniczka w kratke wykradziona uczennicy amerykanskiego college'u) skakala na skakance! - przerwano w polowie na wystep przebieranca udajacego Michael'a J (mial to byc chyba hold skadany artyscie :(),

- Vogue - ktore, szczegolnie w Paryzu! powinno byc wykonane brawurowo - bylo, minelo...,

- La isla bonita - utrzymana w klimacie hiszpanskim piosenka zostala zagrana z towarzyszeniem... cyganskich skrzypiec (?!)

- na Like a Virgin - gwiazda bombardowala nas religijna ideologia ze sceny, aby w finale kazac rozpoczac zmiany od siebie (sama chyba wziela sobie koniecznosc zmiany zbyt mocno do serca :()

- ale najgorszej, niewybaczalnej - przysiegam, ze bylam na granicy placzu z rozpaczy! - krzywdy dopuscila sie na Frozen - rowniez podanym w stylu techno!!!

Po trzecim utworze zdalam sobie sprawe, ze gdyby wylaczyc swiatlo i obraz (oprawa wizualna byla odwrotnie proporcjonalna do muzycznej - genialna! - wreszcie udalo sie komus przebic w mojej glowie efekty z koncertu Division Bell Pink Floyd z Pragi) ta muzyka nie mialaby racji bytu. Nigdy nie uwazalam, ze to ambitna tworczosc, ale jest to kawalek sympatycznej rozrywki z odrobina duszy. Madonna wyorala indywidualny charakter kazdego utworu i pojechala wszystko na jedno kopyto.

Trzy ladne utwory: z towarzyszeniem fortepianu, stepujacych tancerzy i...

... jedyna prawdziwa perelka You must love me z udzialem cyganskiej orkiestry.

Tylko, czy dla jednego utworu warto bylo tyle czekac, tyle zaplacic i TAK SIE ROZCZAROWAC!!!???&*ù^'$ùm!!

poniedziałek, 06 lipca 2009
Epoka lodowcowa 3

Jestesmy juz po wakacjach na dobre ;) (koniec wspomnien i bajecznych zdjec ;)). Zycie znowu toczy sie starym utartym torem relacji Paris/Nation(dom) - Ablon (praca).

Najlepszym dowodem na to, ze wszystko wrocilo do normy jest cotygodniowa wizyta w kinie. Jako, ze zaduch okrutny, no i... jednak czuc wakacjami od innych ;) na pierwszy ogien (sic!?) poszla lekka latwa i przyjemna Epoka Lodowcowa 3.

Wiem, wiem... wszystkie te Akademie Policyjne 11, Ramba 100 102, itd. to popluczyny po popluczynach, ale...
... Epoka Lodowcowa jest moja ulubiona kreskowka z serii 'takze dla doroslych', wiec... czuje sie w obowiazku (tak, jak w przypadku Grocholi i Wisniewskiego - nawet jesli wiem, ze nic nowego sie nie zdarzy) ja obejrzec.

Teraz dochodzilo nowe doswiadczenie - Maniek nie mial mowic cieplym glosem Malajkata, Syd nie seplenic Pazura, a Diego nie warczec glebokim basem (?) Fronczewskiego.

Mielismy ogladac film w wersji oryginalnej (czyli po ang., polaczenie sepleniacego s Syda z cofnietym francuskim r to byloby dla mnie za duzo ;)).

Wrazenia?

Hmmm... nie oszukujmy sie Pazura to wartosc dodana do filmu.

Choc Epoka... i bez moich ulubionych glosow trzyma poziom. Historia nie grzeszy oryginalnosci, ale oglada sie ja z bananem na twarzy. Czasem nawet z glosnym rechotem.

Niewatpliwa gwiazda numer jeden jest tu Wiewior, ktory... przestaje gonic za zoledziem. Jak myslicie dlaczego? ;)

W ogole im mniejszy stwor tym wieksza zabawa. Male jest jednak piekne (z pozdrowieniami dla podwojnie malej Malej Ewki ;))

Nie ochlodzilam sie za bardzo, bo w kinie panowal okrutny zaduch (czyzby klimatyzacja w kinach byla wlaczana tylko w zimie? ;)), a zwierzaki postanowily udac sie na akcje ratunkowa pod ziemie, do goracego swiata dinozaurow i wodospadow lawy, ale Epoka Lodowcowa 3 + zimne piwo po filmie w sympatycznym towarzystwie zrobily swoje :) Idealne rozwiazanie na lipcowy piatkowy wieczor :)

 
1 , 2 , 3