Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
Kategorie: Wszystkie | C'est la vie... | Poza czubek Wiezy Eiffel'a | U bukinistów nad Sekwaną | W teatrze na Montmartrze
RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010
Tysiac wspanialych slonc/ Khaled Hosseini

Bedac kiedys we fnacu (czyli takim francuskim odpowiedniku empiku, ktorzy bibliofile-antykonformisci z zasady bojkotuja, a ja tam chodze ;)) zobaczylam dosc mocno wyeksponowany regal z powiesciami spod znaku 'kwefu', czyt. wyznania kobiet, ktore kiedys nosily burke - z woli wlasnej, czesciej nie - a ktore zdecydowaly sie ja odrzucic i opisac swoja pozycje i losy w kulturze muzulmanskiej...

Bardzo popularny ten gatunek nie lezal w kregu moich zainteresowan (przeczytalo mi sie jedna powiesc tego typu i uznalam temat za wyczerpany).

Nie siegnelabym zapewne i po ksiazke Tysiac wspanialych slonc Khaleda Hosseiniego, gdyby nie pozyczka plus namowa mojej przyjaciolki.

Tysiac... to historia dwoch afganskich kobiet, ktore dzieli roznica okolo 15 lat (w tamtejszej kulturze - choc nie tylko - to roznica wiekowa dzielaca czesto matke i corke). Dwoch kobiet, ktore polaczyl... wspolny maz. Dwoch kobiet, ktore od zazdrosci i niecheci przechodza stopniowo do sympatii i silnej wiezi emocjonalnej.

Powiesc Hosseiniego zbudowana jest z trzech czesci: w pierwszej poznajemy losy starszej - wychowanej w nedzy i braku milosci harami (=bekart z nieprawego loza, ktory w kulturze orientu nadal uwazany jest za 'gorsze' dziecko) Mariam, w drugiej dziecinstwo i mlodosc Layli - ksztalconej 'coreczki swojego ojca', trzecia jest opowiescia o wspolnym zyciu obu kobiet jako zon porywczego, nieznoszacego sprzeciwu Raszida.

Ksiazka nie jest oryginalna, choc czyta sie ja szybko i chetnie. To, co ja najbardziej lubie, w tego typu literaturze - a co odroznia, ja od polskich czytadel dla kobiet - to tlo, w ktorym toczy sie akcja. Wydarzenia, o ktorych uczylam sie na wykladach oraz slyszalam w mediach staja sie nagle rzeczywistoscia, ktora determinuje los pewnych osob. Cos co bylo dotychczas jedynie suchym news'em z pierwszej strony nabiera bardziej ludzkiego kolorytu, zostaje wyjasnione przez przedstawiciela danej kultury, religii, ideologii...

Tysiac wspanialych slonc to nie lektura obowiazkowa, raczej uzupelniajaca... szczegolnie wiedze o Afganistanie.

piątek, 16 kwietnia 2010
Call-girl/ Angell Jeannette

Ciezko jest wrocic do skrobaniny po tak dlugasniej przerwie. Nie mniej ciezko niz zaczac znowu chodzic na basen (nie udalo sie ;)), przerzucic na Cole light (nie udalo sie ;)), czy powrocic do nauki hiszpanskiego (nie uda... cholera! ;)). Rzuce okiem do metryki, czy nie dano mi na drugie 'lenistwo' albo 'brak motywacji'...

Zaczne delikatnie. Zeby sie zakwasow nie nabawic, czyli od... krotkiej opinii o tym, co ostatnio przeczytalam.

Nie bylo tego duzo. A poza tym nikt tych moich pseudo-recenzji nie czyta... Niebezpieczenstwo wiec nikle, a ja przynajmniej uspokoje te skolatana sfere mojego sumienia, ktora odpowiada za pisanie bloga ;)

Call-girl/ Angell Jeannette - spychalam te ksiazke w glab regalu tak dlugo, az nie pozostalo juz nic innego do czytania w jezyku przodkow. Dlaczego? Bo choc romantycznam jak halda na Slasku to jednak temat pan paradujacych (i nie tylko) przed mezczyznami jedynie w czarnych ponczochach ze szwem (no! czasem z towarzyszeniem szpilek) jakos nie jest dla mnie szczegolnie interesujacy.

Tymczasem okazalo sie, ze ta powiesc to nie skargi wykorzystywanego przez podly meski swiatek biednego seksownego kaczatka, ale PRAWIE popularnonaukowa analiza zjawiska pt 'panie na telefon'.

Autorka jest wykladowca uczelnianym (sic! :)), ktory najstarszy zawod swiata uprawia wieczorami, w dzien prowadzac wyklady... o smierci i umieraniu. Do pracy 'na drugi etat' zmusza ja kiepska sytuacja finansowa (u Wielkiego Brata tak samo kiepsko w edukacji, jak u nas ;)), spotegowana naglym wyczyszczeniem konta bankowego przez ewakuujacego sie z jej zycia ex.

Mamy tutaj typy klientow, mamy jasny wywod na temat motywacji do przyjecia pracy 'call-girl', mamy przemyslenia dziewczyn, troche tlumczen i uspokajania sumienia oraz opinie innych na temat tego zajecia...

Mamy spora dawke wiedzy na temat, ktory czesto lezy na dnie jednej z szuflad w naszej glowie. Temat, ktory warto bylo wyjac, wytrzepac tak, zeby nabral nowego odcienia :)

Uff... jakos poszlo... nastepnym razem bedzie lepiej ;) I oby nie bylo to za kolejne dwa miesiacego. Czego sobie (i Wam?!) zycze :)

czwartek, 04 marca 2010
Byle do wiosny!!!, czyli post nieco usprawiedliwiajacy z zacisnietymi zebami

Zacisnelam zeby i czekam.... Byle do wiosny!!!

(nawet bloga pisac mi sie nie usmiecha - choc nie wiem, czy to tylko przez zimno i deszcz, czy moze nadszedl wykrakiwany przez starszych blogowyzeraczy czas blogo-znudzenio-lenistwa)

A jak czekam to... czytam (szczesliwe ta czynnosc pozostaje niezachwianie w scislej czolowce moich ulubionych zajec :)).

Tak, jak sie odgrazalam chwycilam za kolejna Picoult. Tym razem byla to Karuzela uczuc. I... juz wiem na czym polega fenomen kursow pisarskich w Stanach ;). Nie wiem co prawda, czy Jodi P. takowy konczyla, ale... czytajac te ksiazke mialam wrazenie, ze autorka wykorzystuje pewien wyuczony schemat (ten sam, ktorego uzyla  przy Swiadectwie prawdy).

Zbrodnia (ucieta w odpowiednim momencie, tak, zebysmy nie wiedzieli KTO?!) - trzymajaca gebe na klodke ofiara - sfrustrowany jej milczeniem blyskotliwy obronca - ktory ostatecznie postanawia miec w nosie prawde i bronic byle wybronic - przeblysk wyrzutow sumienia ofiary przed mowa koncowa i chec ogloszenia swiatu JAK TO BYLO NAPRAWDE - jeszcze bardziej sfrustrowany tym faktem obronca - i HAPPY END!!!

Choc moze wychodzi tu moj brak doswiadczenia w zakresie tego typu literatury i tak jest zawsze?

Zawialo mi tu jednak powielaniem a la Dan Brown i przepisem na pyszne ciasto Cioci Irenki. Nie krytykuje jednak, bo czytalo sie smacznie, czas spedzilam milo i po Picoult jeszcze siegne.

Gorzej z kolejna powiescia, ktora przyprawila mnie o dwutygodniowy czytelniczy zastoj. Kazdy dom potrzebuje balkonu Riny Frank. Jedyne 240 stron a utknelam na czas dluuuuuuuuuuuuuugi. Powiesc byla czytelniczym hitem w Izraelu. Dlaczego? Jesli tamtejsi czytelnicy lubia takie ciepłe historie (...), w których humor łączy się ze smutkiem, a szczęście przeplata ze łzami (cytat z okladki) to proponowalabym raczej siegnac po Rome Ligocka :). Bedzie ciekawiej. I w tresci. I w formie... Bo albo Kazdy dom...  jest tak ‘kanciasto’ napisany albo tlumacz wyrzadzil niedzwiedzia przysluge autorce. Tekst jest malo plynny i czyta sie go z duzym wysilkiem.

Teraz chwycilam za ostatni tom Millenium.

Zacisnelam zeby i czek... czytam. Byle do wiosny!!!

wtorek, 02 lutego 2010
Swiadectwo Prawdy/ Jodi Picoult

Niedawno pisalam tu, ze, dzieki czytelniczym blogom, przydarzylo mi sie odkryc (pozno, ale podobno lepiej tak niz wcale ;)) dwie pisarki: Amelie Nothomb i Jodi Picoult.

Skutkiem tego 'wiekopomnego' ;) znaleziska byl maly post o Ni d Eve, ni d Adam - powiesci napisanej przez te pierwsza - francuskojezyczna - autorke.

http://poddachamiparyza.blox.pl/2009/11/Ni-d-Eve-ni-d-Adam-Ani-z-widzenia-ani-ze.html

To tutaj - na blogu.

A poza tym i poza nim - czyli blogiem - przeczytalo mi sie jeszcze najpopularniejszy bestseller Nothomb Stupeur et tremblements i Antychryste. W kolejce czeka jeszcze Le Sabotage amoureux.

Poki co 'obowiazek' wobec Amelie uznalam za spelniony. I poczulam 'koniecznosc' zapoznania sie z proza drugiej – tym razem angielskojezycznej - pani.

Jodi Picoult.

Dosc przypadkowo - wykorzystujac biblioteczki oraz dobre serca przyjaciolek - stalam sie tymczasowa posiadaczka dwoch jej ksiazek: Swiadectwo prawdy i Karuzela uczuc.

Okladki podobnie niezachecajace (na obu przeslodzone zdjecia splecionych dloni), tytuly podobnie malo przekonujace, recenzje umieszczone z tylu... Padlo na Swiadectwo prawdy. Dlaczego? Ze wzgledu na... Amiszow. Akcja powiesci rozgrywa sie w ich - oryginalnym, kiepsko mi znanym - srodowisku. To wlasnie chec wykreslenia slowa 'kiepsko' z poprzedniego zdania zdecydowala o wyborze.

Moja wiedza o Amiszach nie ulegla co prawda po lekturze Swiadectwa... radykalnemu rozszerzeniu, ale... ksiazka 'przeczytala sie' szybko, gladko i z duuuza przyjemnoscia. O tym na ile ta ostatnia byla znaczna swiadczy fakt, ze... zamiast siegnac po czekajaca w kolejce III czesc Millenium (sic!) chwycilam za druga - posiadana przeze mnie powiesc Picoult – Karuzela uczuc.

Jeszcze ja czytam... ale juz wczoraj rozgladalam sie nerwowo po polkach kiosku w metrze w poszukiwaniu kolejnych powiesci ‘soczystej’ Amerykanki.

Czuje, ze szykuje sie wielkie pozeranie.

Az do przejedzenia... ;)

środa, 27 stycznia 2010
Marina/ Carlos Ruiz Zafon

Kiedy zaczynalam czytac Marine:

+ w glowie kolatalo mi, ze to dzielo tworcy Cienia wiatru (ktora to powiesc mnie kiedys zachwycila)

- oraz Czasu aniola (ktora nie zachwycila mnie wcale)

+ ze to TA JEDYNA! ksiazka, ktora SAM autor ratowalby w przypadku pozaru (do czego bez zenady przyznaje sie nam na poczatku)

- a jedyna w tworczosci Zafona, ktora nie podobala sie mojej przyjaciolce.

plus/ minus/ plus/ minus... +/-/ +/-

Kiedy konczylam czytac Marine:

- postanowilam... lojalnie ostrzec Was przed strata czasu! ;)

Marina jest... fatalna.

Nie uwazam, zeby usprawiedliwieniem byl fakt ze to ksiazka napisana z mysla o mlodziezy (jak niektorzy probuja z przychylnosci dla pisarza tlumaczyc). Dla mlodziezy nie znaczy przeciez infantylnie, sztampowo, bez pomyslu...

Jedynym drobniutkim usprawiedliwieniem moze byc fakt, ze powstala na poczatku literackiej dzialalnosci - przed swietnym Cieniem wiatru (zanim zwykly pisarz stal sie Autorem Bestsellerow).

Po przeczytaniu Czasu aniola i Mariny zaczynam sobie zadawac pytanie, czy Cien... byl rzeczywiscie taki dokonaly? A moze mialam w trakcie jego lektury spadek czytelniczej formy i wystawilam mu zbyt wysoka note?

A moze po prostu Carlos Luis Zafon jest AUTOREM JEDNEJ POWIESCI?!

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Gulasz z turula/ Krzysztof Varga

Wegry. Moj pierwszy wyjazd za granice.

Pamietam:

- ze Budapeszt przerzucajacy sie pieknymi mostami przez Dunaj wydal mi sie prawdziwa stolica przez duze S (przy ktorym Warszawa stanowila jedynie stoliczke),

- Wzgorze Gellerta,

- statki na Dunaju, na ktorych wieczorem grano Doors'ow (byl to okres w ktorym - od ciaglego odtwarzania - zrywalam tasmy z nagraniami Jima M. & Co.)

- moje pierwsze niezdarnie  klecone zdania po angielsku,

- to, jak bardzo mnie dziwilo, ze sa takie miejsca gdzie wszyscy bez wyjatku porozumiewaja sie innym jezykiem,

- i jaka swobode daje to, ze jest sie nierozumianym (obgadalismy wtedy z tata w centrum pol budy i cwerc Pesztu ;))

- senne nabrzeze Balatonu,

- i to, ze kibice rozbili nam szybe w samochodzie i wracalismy do kraju z prowizoryczna zaslona z koca.

Kiedy ktokolwiek pozniej pytal mnie, czy warto jechac do Budapesztu bez wahania odpowiadalam: WARTO.

Choc sama ciagnelo mnie juz w inne strony...

Teraz wrocilam w towarzystwie Krzysztofa Vargi, ktory opisuje smakowicie to, co ocieka tluszczem i zalatuje palinka ;)

Gulasz z turula moze stanowic wysmienity przewodnik po wegierkich knajpach i po...  wegierskich duszach, historii, tradycji... (tytuly rozdzialow - tak, jak i tytul calej ksiazki - sa zestawieniem potraw ze znanymi postaciami lub symbolami z dziejow Wegier).

Czytamy o tym:

- ze znalezienie prazrodel wegierskosci okazalo sie o wiele trudniejsze niz odkrycie zrodel Amazonki,

- a Wegrzy nie lubia siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili sie z tym, ze skonczyl sie nomadyzm i zaczal czas, gdy musza zyc obok siebie, bez mozliwosci przemieszczania sie,

- ze to tutaj zbudowano pierwsze w Europie metro,

- i wynaleziono witamine C, zapalki oraz kostke Rubika ;)

I choc czasem w natloku nazw, dat i wydarzen mozna sie nieco zdyszec to fantastyczny styl Vargi rekompensuje wysilek.

Teraz mowie WARTO i sama chetnie bym wrocila.

Czas nalezy przezyc, a nie oszczedzic, bo w pewnym momencie okaze sie, ze wszystkie te czasowe oszczednosci i tak zjadla egzystencjalna inflacja.

I za to wlasnie uwielbiam Krzysztofa V. ;)

sobota, 02 stycznia 2010
Bieguni/ Olga Tokarczuk

Jaki Nowy Rok, taki caly rok. Calkiem niezle mi to wrozy poniewaz ten pierwszy spedzilam w podrozy ;) Wyimaginowanej. Prowadzona przez Biegunow Olgi Tokarczuk. Poganiana ich maksyma: Ruszaj sie, ruszaj. Blogoslawiony, ktory idzie. I checia poznania dalszej tresci...

Przy okazji lektury nagrodzonej ksiazki przyszlo mi do glowy, ze moze zamiast eksperymentowac powinno sie po prostu czytac to, co sprawdzone... chwytasz za liste Nike i czytasz od gory do dolu... satysfakcja gwarantowana :)

Tak, jak w tym przypadku.

A z drugiej strony jesli jest literatura (i to dobra), I jesli jest o podrozach (i to m.in. do XVII-wiecznej Holandii) to i bez Nike satysfakcja gwarantowana. Przynajmniej dla mnie ;)

Czytajac Biegunow czulam sie, jak w podrozy dookola swiata z kilkoma przypadkowymi spakowanymi ksiazkami w walizce (najbardziej przypadkowe bylo ‘Wprowadzenie do psychologii podrozy’ ;)), poczytywanymi to tu, to tam.

Chorwacja, kraje Maghrebu, Moskwa (moje ulubione opowiadanie o uciekajacej Annuszce) – podrozujemy w przestrzeni.

XVII Niderlandy, XIX Wieden – podrozujemy w czasie.

Bole fantomowe, ludzkie zarodki zrosniete glowami w sloju z formalina – podrozujemy w glab czlowieka.

Poteznym atutem wiekszosci opowadan skladajacych sie na te powiesc o ruchu (Bezruch jest zly) sa puenty.

Jak ta we fragmencie o Ruth. Kobiecie, po ktorej smierci, maz zwiedza wszystkie miejsca na swiecie nazwane jej imieniem. Strumienie, wzgorza, jeziora, osady... Odbywa te podroz pamieci za pieniadze... z jej ubezpieczenia.

Bieguni miejscami ciut gorsi, miejscami duuuzo lepsi. Niewatpliwie ZMUSZAJACY do... ( i tu oblewa mnie rumieniec wstydu ;)) siegniecia po inne ksiazki Tokarczuk.

wtorek, 15 grudnia 2009
Poczwarka/ Dorota Terakowska

Dotychczas omijalam ksiazki Doroty Terakowskiej szerokim lukiem. Malo zachecajace tytuly, jeszcze mniej zachecajace okladki... (a od dziecka powtarzali, ze wyglad nie jest najwazniejszy. Z ladnej miski sie nie najesz! ;)).

Kupilam Poczwarke dzieki corce autorki ;) Po obejrzeniu swietnych 33 scen z zycia http://poddachamiparyza.blox.pl/2009/06/33-sceny-z-zycia.html oraz bardzo dobrego Ono Malgosi Szumowskiej postanowilam sprobowac zmierzyc sie z proza jej mamy (mamy, ktora skorzystala na przyklad z pomyslu corki piszac Ono).

Kupilam Poczwarke i...

... nadal omijalam ksiazke szerokim lukiem. Tym razem nie ze wzgledu na to, co na zewnatrz, ale na to, co wewnatrz. Temat bowiem czail sie tam nielatwy. Mlode szczesliwe malzenstwo, ktore realizuje jak burza wszystkie zyciowe plany i ambicje z niecierpliwym podnieceniem czeka na spelnienie sie kolejnego marzenia – narodziny corki. Corki, ktora ma juz zaplanowane cale zycie, od anglojezycznego przedszkola, poprzez szkole muzyczna, narty w Alpach i tenisa, az po studia na Oxfordzie. Corki, ktora... rodzi sie z charakterystyczna mongloska falda na powiekach. Corki z Zespolem Downa.

Obawialam sie, ze bedzie przygnebiajaco, z wyrokiem, nie do zniesienia w te dlugie ponure jesienne wieczory. Ale wcale tak nie jest. Ksiazka wprowadza zmeczony, ale ze spokojnym sumieniem swiat matki, sfrustrowany, ale po cichu kochajacy swiat ojca, ale przede wszystkim kolorowy i soczysty swiat wyobrazni dziecka.

Nie ma fajerwerkow, nie ma katastrofy. Ladnie napisana ksiazka z nielatwym tematem.

Przy kolejnej bytnosci w ksiegarni skusze sie jednak, zeby zagladac pod mniej atrakcyjne okladki. Z ladnej miski.. itd! ;)

czwartek, 26 listopada 2009
L echappee belle/ Anna Gavalda

Cieniuuuuuuuuuuuuuuutka.

Tak wlasciwie moglaby wygladac cala recenzja tej ksiazeczki.

Cieniuuuuuuuuuuuuuuutka.

Bo L'echappee belle:

- cieniuuuuuuuuuuuuuuutka jest w formie - mniej niz kieszonkowe wydanie, z wielkimi literami na drobnych 150 stroniczkach,

- cieniuuuuuuuuuuuuuuutka i w tresci - nowelka o trzyosobowym rodzenstwie uciekajacym wspolnie z rodzinnego slubu po to, zeby udac sie najpierw do swojego brata (poczworne rodzenstwo?! Bienvenue en France/ witamy we Francji ;)!), a nastepnie na wiejskie wesele oraz do cyganskiego taboru... A wszystko w celu odnalezienia siebie z przeszlosci i zamkniecia zyciowego rozdzialu pt. dziecinstwo (wyczytane z okladki ;))

Grubszy stanie sie jedynie portfel wydawnictwa (oraz autorki), ktore na fali popularnosci Gavaldy postanowilo wydac powiastke stara - opublikowna juz nieodplatnie w 2001 roku - teraz jedynie delikatnie wyretuszowana i wzbogacona.

Pozytywny aspekt tej calej historii: widac, ze Anna Gavalda rozwinela sie pisarsko od tamtego czasu.

piątek, 13 listopada 2009
Pocieszenie/ Anna Gavalda

Jestem po lekurze tej ksiazki oraz... komentarzy francuskich czytelniczek.

Pocieszenie reklamuje sie w Polsce jako wielki bestseller we Francji w 2008 roku. Najwyrazniej jednak czolobitne fanki wczesniejszej powiesci Gavaldy Ensamble, c'est tout (Po prostu razem) kupily La consolante (Pocieszenie) z rozbiegu, poniewaz krytykom nie ma konca. Wsrod niekrotkiej listy komentarzy dotyczacych tej ksiazki znalazlam JEDEN! pozytywny. Reszta to narzekania na styl. Ze pierwsze 250 stron nie do przejscia. Ze rzucaly. Bo nudno. Bo styl nieprzejrzysty. Nieprosty. Bo Gavalda to zawsze gladko i przyjemnie. I jak ona mogla im to zrobic? Ze po co eksperymentuje? Skoro one ja lubia za zdania pojedyncze. Bron Boze zlozone! No i jak one maja sobie poradzic z wielokropkami na koncu akapitu...

No coz przyznaje, ze siegnelam po La consolante w ubieglym roku i... rowniez sie nie udalo mi sie accrocher/ wciagnac. Skladam to jednak na karb mojej niedostatecznej jeszcze znajomosci jezyka Moliera.

Pocieszeniem w wersji polskiej jestem... oczarowana. I to wlasnie narracja!

(jesli chodzi o tresc to w jednym zdaniu okreslilabym ja: Dom nad rozlewiskiem w meskim wydaniu ;))

Wiec:

- albo to tlumaczaca Magdalena Kaminska-Maurugeon zrobila z powiesci Anny Gavaldy takie cudenko (bez wzgledu na to, czy odpowiedz jest pozytywna, czy nie to chapeau bas dla niej - trudny tekst, fantastyczny przeklad)

- albo francuskie czytelniczki... (podobno nie mowi sie zle o nieobecnych ;)).

Pocieszenie podzielone jest na trzy czesci.

Pierwsza - ta, ktora w czambul potepiaja Francuzki - poszatkowana, przywodzaca na mysl sposob myslenia i wypowiadania sie wspolczesnego niespokojnego mieszkanca metropolii, nerwowa. Narracja prowadzona jest tu z punktu widzenia glownego bohatera oraz autorki. Ta ostatnia nie obawia sie poszturchiwac i podpuszczac tego pierwszego (swietne :)). 250 stron wyjetych z 'naszego' wielkomiejskiego zycia.

Druga - duzo bardziej spokojna, przejrzysta, czytelna.  W tym miejscu zdezorientowane fanki Ensemble, c'est tout (Po prostu razem) odzyskuja glowe. Sielankowo opisana sielanka (maslo maslane? ;)). 300 stron zycia z 'naszych marzen'.

Trzecia - podsumowujaca, w ktorej glowny bohater rysuje (czynnosc, o ktorej prawie zapomnial bedac wzietym architektem), a autorka opisuje to, co 'wychodzi' spod jego olowka. Optymistycznie, happy endowo...

Ksiazka jest stosunkow swieza, wiec nie znalazlam jeszcze wielu opinii polskich czytelniczek. Jednak wsrod tych, ktore przeczytalam (m. in. moich blogowych kolezanek http://chiara76.blox.pl/2009/10/Pocieszenie-Anna-Gavalda.html, http://niecodziennikliteracki.blox.pl/2009/10/Charles-Balanda-Nasz-bohater.html) zadna nie rozdziera szat i nie rzuca ksiazka po przeczytaniu 20 stron zrozpaczona niemoznoscia accrocher.

Sama Anna Gavalda na pytanie, czy rozumie dezorientacje czytelnikow w obliczu jej nowego stylu mowi, ze przykro jej z tego powodu, ale NIE ROZUMIE i, ze nie bedzie sie zmuszac do pisania 'prosto', zeby bylo ladnie (z wywiadu udzielonego francuskiemu biblioblogowi

http://www.biblioblog.fr/post/2008/07/04/Interview-dAnna-Gavalda).

I slusznie. Pocieszenie to najlepsza z przeczytanych przez mnie ksiazek Anny Gavaldy (nie siegnelam jedynie po wielbione Ensemble, c'est tout - znam akcje z filmu, a sadzac po opiniach gladka forma nie bylaby zaskoczeniem).

 
1 , 2 , 3 , 4