Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
wtorek, 17 listopada 2009
Goraczka sobotniej nocy, czyli podrozowanie palcem po ekranie...

Co robia bezdzietne trzydziestolatki w sobotnie wieczory?

a/ szaleja w nocnym klubie,

b/ objadaja sie fois gras i upijaja winem z rowiesnikami,

c/ ... ogladaja telewizje.

ad a/ buuuuuuuuuuuuuuchachaaaachaaa...

ad b/ sporadycznie, raczej od swieta ;)

ad c/ ?!!! TAK! ;)

A to za sprawa piorunsko przyjemnego bloku podrozniczego.

W ostatnim weekend wybralismy sie do Czarnogory i Quebecu. A przezylismy juz takie 24 godziny, podczas ktorych rzucalo nas po calym globie: Kopenhaga, Istambul, Brazylia... Potem P. oszolomiony i pijany moim szczesciem zadeklarowal chec zakupu pakietu programow podrozniczych. Czego sie nie robi, zeby nie musiec juz wsiadac do samolotu? ;)

W sobote wieczorem wciskamy piaty bieg na pilocie (kanal TV5) i ruszamy:

- najpierw - o godzinie 20h35 - z wiecznie usmiechnieta, obcieta na zapalke Sophie na piekne eskapady - Echappées Belles http://www.france5.fr/echappees-belles/

- po krotkim miedzyladowaniu w bloku reklamowym - zaopatrzeniu sie w gruszke tudziez dolewce wina - kontytnuujemy reportazem na TV5, ktory nie ma gospodarza (i nie jest to chyba pozycja programowa o stalej nazwie, ot program podrozniczy) – tutaj zaleznie od tematu pozostajemy bardziej lub mnie aktywnymi widzami

- chrrrr... chrrrr... piiiii...

- po przebudzeniu w niedziele rano – na podrozniczego kaca fundujemy sobie ‘klina’, czyli Fourchette & Sac a dos/ Widelec i plecak (nadal TV5 - 10h00) – tym razem szczupla jak bulka paryska ;) Julie smakuje za nas potrawy z roznych stron swiata (zabawnie jest obserwowac jej miny oraz szczere zapewnienia, ze jest wegetarianka, kiedy goscinni mieszkancy Maroka specjalnie dla niej i PRZED NIA ;) zazyna barana) http://www.france5.fr/fourchette-et-sac-a-dos/

- jesli jeszcze mamy sile (i czyste skarpetki ;)) albo nalogowym zwyczajem wpadlismy w ciag przerzucamy sie na opcje plus (Canal plus - niedziela 14h45) i podrozujemy z Nouveaux Explorateurs http://www.canalplus.fr/pid1826.htm&nav=1

(my wybralismy sie dotychczas:

° z szalonym Diego, ktory prosi nas o to, zebysmy nie mowili jego mamie, ze znowu wyjechal – Ne dites pas a ma mere... que je suis reparti - do Johannesburga i Lagos – kiedy widzimy go na dachu pedzacego pociagu lub noca w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy poludnowoafrykanskiej stolicy zastanawiamy sie, czy mu sie zycie czasem nie sprzykrzylo ;))

° oraz z duzo spokojniejsza Delpine na koniec swiata – Loin du monde, czyli wyspy oddalone od Wyspy czyt. angielskie Falklandy)

Jak sie czlowiek przeleci w te i wewte przez weekend to od razu mu sie inaczej w poniedzialek do pracy idzie. Trudniej ;)

poniedziałek, 16 listopada 2009
Dobrze, ze slon tego nie slyszal, czyli wizyta w Jardin d Acclimatation

Wybralismy sie z P. w niedziele na spacer do Jardin d'Acclimatation. Niewinnie. Bez podejrzen.

Okazalo sie, ze nie przewidzielismy nieodzownego 'rekwizytu' - brzdaca.

Ogrod ten zostal stworzony najwyrazniej z mysla o malych ludziach.

Jesli wiec wybierasz sie na zakupy do Paryza i nie wiesz dokad wyslac poirytowanego wlasciciela kart kredytowych, stanowiacych zrodlo Twojej uciechy oraz jego mala kopie polecam JARDIN D ACCLIMATATION.

Z jego:

- krzywymi zwierciadlami,

- sterowanymi z brzegu stateczkami,

- karuzelami i wata cukrowa

i wreszcie:

- zwierzetami domowymi!!!

Biedne wielkomiejskie dzieci dzieki tej ORYGINALNEJ rozrywce moga dowiedziec sie np., ze jajka nie rosna na polkach w Carrefour'ze :)

A dorosli przypomniec sobie swoje dziecinstwo ;)

Prosze pana pewna kwoka...

..traktowala swiat z wysoka...

(...)

Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym
W progu garnek stłukł kopytem.

Kwoka wielki krzyk podniosła:
"Widział kto takiego osła?!"

Przyszła krowa. Tuż za progiem
Zbiła szybę lewym rogiem.                                                                                                 

Kwoka gniewna i surowa
Zawołała: "A to krowa!"

- oraz zwierzakami mniej oswojonymi:

Prosze Panstwa oto mis 

Mis jest bardzo grzeczny dzis

Chetnie Panstwu lape poda

Nie chce podac? A, to szkoda.

Albo przypomniec sobie bajke o Brzydkim Kaczatku... 

... tym razem w wersji 'politycznie poprawnej' ;)

O koniecznosci takich wizyt przekonalismy sie wczoraj slyszac dialog piecioletniej blondyneczki z mama.

Pieciolatka: Mamo! Popatrz! Slon!

Mama: Corciu, to nie jest slon. To osiol.

Dobrze, ze slon tego nie slyszal. 

P.S. I jeszcze... maly uklon w kierunku wczesniej zamieszkiwanego miasta na P ;)

 

Dla niewtajemniczonych, czyt. zblakanych polskojezycznych Francuzow ;) - wszystkie cytaty kursywa pochodza z ulubionego Jana Brzechwy :)

piątek, 13 listopada 2009
Pocieszenie/ Anna Gavalda

Jestem po lekurze tej ksiazki oraz... komentarzy francuskich czytelniczek.

Pocieszenie reklamuje sie w Polsce jako wielki bestseller we Francji w 2008 roku. Najwyrazniej jednak czolobitne fanki wczesniejszej powiesci Gavaldy Ensamble, c'est tout (Po prostu razem) kupily La consolante (Pocieszenie) z rozbiegu, poniewaz krytykom nie ma konca. Wsrod niekrotkiej listy komentarzy dotyczacych tej ksiazki znalazlam JEDEN! pozytywny. Reszta to narzekania na styl. Ze pierwsze 250 stron nie do przejscia. Ze rzucaly. Bo nudno. Bo styl nieprzejrzysty. Nieprosty. Bo Gavalda to zawsze gladko i przyjemnie. I jak ona mogla im to zrobic? Ze po co eksperymentuje? Skoro one ja lubia za zdania pojedyncze. Bron Boze zlozone! No i jak one maja sobie poradzic z wielokropkami na koncu akapitu...

No coz przyznaje, ze siegnelam po La consolante w ubieglym roku i... rowniez sie nie udalo mi sie accrocher/ wciagnac. Skladam to jednak na karb mojej niedostatecznej jeszcze znajomosci jezyka Moliera.

Pocieszeniem w wersji polskiej jestem... oczarowana. I to wlasnie narracja!

(jesli chodzi o tresc to w jednym zdaniu okreslilabym ja: Dom nad rozlewiskiem w meskim wydaniu ;))

Wiec:

- albo to tlumaczaca Magdalena Kaminska-Maurugeon zrobila z powiesci Anny Gavaldy takie cudenko (bez wzgledu na to, czy odpowiedz jest pozytywna, czy nie to chapeau bas dla niej - trudny tekst, fantastyczny przeklad)

- albo francuskie czytelniczki... (podobno nie mowi sie zle o nieobecnych ;)).

Pocieszenie podzielone jest na trzy czesci.

Pierwsza - ta, ktora w czambul potepiaja Francuzki - poszatkowana, przywodzaca na mysl sposob myslenia i wypowiadania sie wspolczesnego niespokojnego mieszkanca metropolii, nerwowa. Narracja prowadzona jest tu z punktu widzenia glownego bohatera oraz autorki. Ta ostatnia nie obawia sie poszturchiwac i podpuszczac tego pierwszego (swietne :)). 250 stron wyjetych z 'naszego' wielkomiejskiego zycia.

Druga - duzo bardziej spokojna, przejrzysta, czytelna.  W tym miejscu zdezorientowane fanki Ensemble, c'est tout (Po prostu razem) odzyskuja glowe. Sielankowo opisana sielanka (maslo maslane? ;)). 300 stron zycia z 'naszych marzen'.

Trzecia - podsumowujaca, w ktorej glowny bohater rysuje (czynnosc, o ktorej prawie zapomnial bedac wzietym architektem), a autorka opisuje to, co 'wychodzi' spod jego olowka. Optymistycznie, happy endowo...

Ksiazka jest stosunkow swieza, wiec nie znalazlam jeszcze wielu opinii polskich czytelniczek. Jednak wsrod tych, ktore przeczytalam (m. in. moich blogowych kolezanek http://chiara76.blox.pl/2009/10/Pocieszenie-Anna-Gavalda.html, http://niecodziennikliteracki.blox.pl/2009/10/Charles-Balanda-Nasz-bohater.html) zadna nie rozdziera szat i nie rzuca ksiazka po przeczytaniu 20 stron zrozpaczona niemoznoscia accrocher.

Sama Anna Gavalda na pytanie, czy rozumie dezorientacje czytelnikow w obliczu jej nowego stylu mowi, ze przykro jej z tego powodu, ale NIE ROZUMIE i, ze nie bedzie sie zmuszac do pisania 'prosto', zeby bylo ladnie (z wywiadu udzielonego francuskiemu biblioblogowi

http://www.biblioblog.fr/post/2008/07/04/Interview-dAnna-Gavalda).

I slusznie. Pocieszenie to najlepsza z przeczytanych przez mnie ksiazek Anny Gavaldy (nie siegnelam jedynie po wielbione Ensemble, c'est tout - znam akcje z filmu, a sadzac po opiniach gladka forma nie bylaby zaskoczeniem).

czwartek, 12 listopada 2009
Polak i Francuzka?! ;), czyli kryzysy miedzynarodowe

Ostatnio na naszym stole dziwnie czesto pojawiaja sie ziemniaki. I to nie w znienawidzonej przeze mnie (a ukochanej przez P.) formie frytek.

2.5 kilogramowy worek rozparcerowalismy w 4 dni.

- Jak na kogos, kto nie przepada za patates dosc czesto je ostatnio serwujesz - podpuszczam P.

- Specjalnie dla ciebie Panno Ziemniak - odpowiada rozanielonym glosem - W koncu patates to wasza potrawa narodowa. Juz w okresie niemowlecym wciskaja wam je zapewne do raczek i buziek.

- A wam Francuzom to wciskaja pewnie od dziecinstwa do buziek ser - probuje sie odgryzc - a potem wam jedzie...

Przystawia nos do moich ust i marszczy nos jak mysz z kreskowki.

- Ooo... trzeba przyznac, ze bardzo szybko stalas sie Francuzka. I to jaka - pastwi sie - jestes bardziej francuska niz wiekszosc Francuzek, ktore znam.

:P

Czasem lubie zjesc kawalek Camemberta na sniadanie ;)

***

Dobra, jest mi wstyd. Ale, ale... na swoje usprawiedliwienie mam to, ze zdarza sie to rzadko (na palcach jednej konskiej peciny mozna policzyc), no i ze TYLKO w zartach. No wiem, nie jest to przejaw dojrzalosci. I ze szantaz niszczy zwiazek. I ze... Dobra wyduszam to z siebie. Przygotowani?

Groze P., ze w skrajnym przekroczeniu zasad dobrego smaku  w zwiazku ;) je le quitte et je reviens en Pologne/ rzucam go i wracam do Polski ;) (jako przyklad 'skrajnego przekroczenia zasad dobrego smaku' podalam mu... uwaga! trzymacie sie krzesel?!... przemoc fizyczna (warto tu nadmienic - wszyscy, ktorzy znaja P. zapewne potwierdza - ze jest on przedstawicielem zwierzat duzych i lagodnych - w tej samej grupie, co slon i diplodok - choc niekoniecznie roslinozernych:)).

Obieram ziemniaki ;) (patrz wpis wyzej ;)). On stoi i miesza cos zawziecie na patelni = gotuje.

Probuje na nim wymusic jakies dzialanie.

- Jesli tego nie zrobisz to ukluje cie nozem w tylek - pokazuje mu skromne narzedzie zbrodni.

- Chiche! Je te quitte et je reviens en Pologne!/ Zrob to! Rzucam cie i wracam do Polski!

:I

poniedziałek, 09 listopada 2009
Ni d Eve ni d Adam (Ani z widzenia ani ze slyszenia)/ Amelie Nothomb

Podczas ostatniego drobnego przegladu blogow ksiazkowych bliskich i dalekich odkrylam, ze czyta sie obecnie Jodie Picoult i Amelie Nothomb.

Pierwsza to Amerykanka, ktora zajmuje sie trudnymi problemami trapiacymi Wuja Sama (morderstwa w szkolach) i nie tylko (dylematy etyczne zwiazane z rozwojem genetyki).

A druga to szalona Belgijka, zafascynowana brzydota, ktora dziecinstwo i mlodosc spedzila wraz z tata - dyplomata i reszta rodziny w kilku krajach azjatyckich (urodzila sie w japonskim Kobe), publikujaca ksiazki z nieprzyzwoita rokroczna regularnoscia.

Zgadnijcie ktora wybralam na 'pierwszy ogien'?

Oczywiscie te, ktora pisze po francusku (jakos nie moge sie psychicznie przemoc do kupienia ksiazki niefrankofona po francusku).

(na dodatek Amelie Nothomb obila sie o uszy - a raczej oczy ;) - nawet P., a o jego oczy obijaja sie i...zostaja jedynie tworcy hobbitow, ogrow i innych krasnolodow (a moze wlasnie dlatego...;))

 

Swoje postanowienie zapoznania sie z proza ekscentrycznej Amelii z Brukseli wcielilam natychmiast. Pierwsza ksiazka, ktora nawinela mi sie pod reke w kiosku w metrze byla jej przedostatnia powiesc - Ni d'Eve ni d'Adam (po polsku: Ani z widzenia ani ze slyszenia) (najswiezsza, ktora doczekala sie juz kieszonkowego wydania, zeszloroczna Le fait du prince lezy jeszcze na polkach w swojej niekieszonkowej elegantszej wersji ;))

Ni d'Eve ni d'Adam uznana zostala przez Le monde za najbardziej osobista z powiesci pisarki. Opowiada o okresie poprzedzajacym i rownoleglym do akcji ksiazki Stupeur et tremblements (Z pokorą i uniżeniem) - najwiekszego hitu Nothomb (ktory juz 'przebiera nozkami' na mojej polce ;)). Amelie ma tutaj 21 lat, wlasnie przybywa do swojej drugiej ojczyzny - Japonii, zeby podszkolic jezyk, rozpoczac prace i... nawiazac niekrotki romans z Tokijczykiem.

Umieszczenie akcji w Japonii to niewykle sprytny zabieg. Kraj ten jest tak inny, przez co tak interesujacy, ze... to musi 'sie sprzedac'.

Nie zadawac pytan swojemu Sensei. A jesli sie nie rozumie? Trzeba rozumiec.

Nosic ponczochy nawet w bezdusznie duszne dni. A jesli sie nie...? Jak wyzej ;)

Ale oprocz swietnie wybranego tematu mamy do czynienia z sympatycznym auto- i ironicznym stylem Nothomb (Il cusinait mal, mais mieux que moi, ce qui le cas de l'humanite entiere/ Gotowal zle, ale lepiej ode mnie, co jest cecha calej ludzkosci) (zapewniam ze nie calej ;)). Czyta sie to z usmiechem na twarzy.

Szczegolnie szeroko usmiechalam sie przy stwierdzeniu:

Il faut reconnaitre que le francais est vicieux. Je n'aurais pas voulu etre a la place de mon eleve. Apprendre a parler ma langue devait etre aussi difficile que d'apprendre a ecrire la sienne/ Trzeba wiedziec, ze francuski jest narowisty. Nie chcialabym byc na miejscu mojego ucznia. Nauczyc sie mowic w moim jezyku musialo by rownie trudne co pisac w jego (japonskim).

Dobrze gad... pisze :)

niedziela, 08 listopada 2009
Troche cukru i kakao, czyli wspomnienia z Salon du Chocolat oraz... pomysl na jesienno-zimowy wieczor

Zlota pol... paryska ;) jesien...

... ustepuje powoli miejsca bezsniezno ponurej zimie.

Za oknem chlodno, ciemno i... nic sie nie chce. Co najwyzej spac i... jesc czekolade ;)

Tegoroczny...

... uznalismy z P. za niezbyt udany - za malo CZEKOLADY za duzo komercji - ale... zdjecia oglada sie z duza przyjemnoscia.

Okazuje sie, ze taka oto prosta mieszanka kakao i cukru, czasem mleka lub wanilii:

- jednoczy zwasnionych konkurentow do tytulu Maskotka Wielkanocy

- robi kariere na karnawale w Wenecji...

- ...w dunskim Legolandzie...

 

- ...w Holly- i Bollywood... oraz lodzkiej filmowce ;)...

- ...w przybytkach sztuki wyzszej...

- ... ale i na balu u Kopciuszka...

(jakas nietypowa tu wersja kopciuszkowej historii - zamiast gubic pantofle panna wyraznie traci wysokokaloryczna sukienke ;))

- ..na stole u Zabojadow (a jakze ;))...

 

- ...na afrykanskich parties.

Czekolada:

- umie uleczyc chore serce...

-...dodac rumiencow...

 ... i doprowadzic do zaniku ust? ;)

Bon bref... w takiej formie...

... moze stac sie wysmienitym towarzyszem na dlugie zimowe wieczory.

Mniam...

Przyjemnego liczenia kalorii zycze... ;)

19:53, karolinabart
Link Komentarze (11) »
czwartek, 05 listopada 2009
Train to Trieste/ Dominica Radulescu

Train to Trieste 'dostalam' w prezencie od przyjaciolki z czasow licealnych (niech zyje 'nasza klasa' ;) (ciekawe, czy zanotuje znaczny wzrost liczny odwiedzin na blogu po umieszczeniu tego zwiazku wyrazow?!)). 'Dostalam' oznacza wlasciwie, ze zostalam zachecona do jej przeczytania.

Zamowilam: po raz pierwszy ksiazka 'leciala' do mnie az ze Stanow ;)

Przeczytalam: jest to historia zycia Mony Marii Manoliu - czterdziestoletniej, zyjacej w Stanach Rumunki. Historia nieomal z chirurgiczna precyzja podzielona na dwie czesci - pierwsze dwadziescia lat zycia w komunistycznej Rumunii Nicolae Ceausescu, druga dwudziestka spedzona na emigracji u Wuja Sama.

'Pseudo-recenzuje': Train to Trieste jest ksiazka dosc nierowna.

Pierwszy rozdzial mnie przestraczyl. Czy to mozliwe, ze moja przyjaciolka zachwyca sie teraz slodkimi romansidlami? (moje ambicje literackie rowniez znacznie stepily sie z wiekiem, ale...).

Gdyby nie to, ze ksiazka zostala mi polecona to po lekturze pierwszego rozdzialu + widoku okladki a la Harlequin z pewnoscia zarzucilabym lekture.

Tymczasem juz w drugim rozdziale zaczyna robic sie duzo ciekawiej. D. Radulescu opisuje - jakze znajomy - rezim kraju Bloku Wschodniego. Robi to puktu widzenia i z zastosowaniem stylu naiwnej nastolatki (szkoda, ze tak niedawno czytalam Dziewczynke w czerwonym plaszczyku R.Ligockiej, w ktorej uzyto podobnego zabiegu).

Moj absolutnie ulubiony fragment stanowi kilka pierwszych rozdzialow, w ktorych bohaterka - Mona opowiada o swoich przodkach. Realizm magiczny w 'slowianskim' wydaniu. Swietne.

Duzo gorzej wypada druga - amerykanska - czesc powiesci. O ile trudny emigracyjny poczatek oraz koszmary, w ktorych Mona rozprawia sie ze zmorami przeszlosci (sny stanowia zgrabny dodatek pomagajacy autorce zbudowac psychike bohaterki) sa jeszcze ciekawe, o tyle stabilizacja w Nowym Swiecie z wszystkim negatywnymi aspektami tego wlasnie nowego swiata proponowalabym pominac. Choc rozumiem, ze autorka potrzebowala opisu tego okresu po to, zeby spiac mlodosc Mony w Rumunii z finalnym powrotem do kraju przodkow. I znowu ostatni - rumunski - fragment jest dobrze napisany. Szczegolne brawa dla Radulescu za brak sentymentalizmu na koncu!

W skrocie mozna napisac - to, co rumunskie na tak, a to, co amerykanskie - na nie.

Udany prezent. Dziekuje :)

piątek, 30 października 2009
Wyspa klucz/ Malgorzata Szejnert

Na poczatku chcialabym serdecznie przeprosic Pania Malgorzate Szejnert za nazwanie jej w mojej pseudorecenzji Czarnego ogrodu  - krolowa polskiego reportazu.

Okazuje sie, ze nosi ona tytul... Cesarzowej. A - mam nadzieje, ze nie przyniose tutaj wstydu mojemu historykowi - cesarzowa to 'szycha' wyzsza od krolowej. Kajam sie tym chetniej, ze tytul ten w pelni zasluzony.

Wyspa klucz trzyma poziom swojego slawnego poprzednika - Czarnego ogrodu. Czyta sie rownie szybko, gladko i z szalona przyjemoscia.

Czy jest lepsza? (bo takie opinie slyszalam przed lektura moja, a po lekturze innych)

Jest rownie dobra. To nie lada osiagniecie. Po spektakularnym sukcesie utrzymac fason udaje sie jedynie najlepszym (nie bez podstaw te wyszukane monarsze tytuly ;)).

Temat wyspy Ellis - stanowiacej brame do wymarzonego Nowego Swiata na przelomie poprzednich wiekow - wydaje sie duzo bardziej pociagajacy niz historia katowickich osiedli. Pobudza wyobraznie...

Tak wlasnie bylo z moja. Spodziewalam sie, ze w ksiazce opisane zostana losy kilku z 12 milionow szczesliwcow, ktorzy przedostali sie przez 'wyspowe' sito. Ze dowiem sie nie tylko skad pochodzili, ale dokad dotarli, czy rzeczywiscie znalezli szczescie, jak zyly ich dzieci i wnukowie...

Niestety tego nie ma. Ale trudno winic autora za to, ze nie podazyl za wizjami rodzacymi sie w czytelniczej glowie.

Malgorzata Szejnert obrala inne spojrzenie na Wyspe Ellis. Skupia sie na jej pracownikach - mianowanych przez amerykanskich prezydentow komisarzach, biurokratach, lekarzach, matronach, opiekunach spolecznych...

Mozna i tak. Szczegolnie jesli jest to dobrze napisane.

Niezla robota.

Przeczytalam, ze Pani Malgorzata pracuje nad kolejna ksiazka, ale... trzeba bedzie na nia dluzej czekac. Szkoda.

środa, 28 października 2009
Le Palais Ideal du Facteur Cheval

Ponad poltora wieku temu wczesna wiosna, w niewielkiej wioseczce w Dolinie Rodanu przyszedl na swiat chlopiec. Nadano mu dwa imiona: Jozek i Ferdynand (Joseph Ferdinand). Po rodzicach chlopiec odziedziczyl nazwisko... Cheval (Kon :)).

Rodzina Jozka Konia nie byla bogata. Dlatego chlopiec mogl chodzic jedynie do pierwszych klas szkoly powszechnej. Potem musial szybko nauczyc sie fachu. Jako 13-latek stal sie piekarzem i przez kilkanascie nastepnych lat zaopatrywal wies w pachnace bagietki. 

Kiedy Jozek Kon przekroczyl trzydziestke otrzymal powazne stanowisko w administracji panstwowej - stal sie listonoszem.

Odtad, ze swoja wielka wypchana listami i gazetami torba, pokonywal codziennie ponad 30 kilometrow.

Pewnego kwietniowego dnia potknal sie o kamien. Przyjrzal sie sprawcy zamieszania, a kawalek skaly wydal mu sie na tyle fascynujacy, ze schowal go do kieszeni. Nastepnego dnia, przechodzac w tym samym miejscu, znalazl jeszcze ciekawszy okaz. Pomyslal, ze skoro natura umie tworzyc tak piekne male rzezby dlaczego nie mialby sprobowac i on. Szczegolnie, ze od dluzszego czasu w jego glowie kolatal sie pomysl zbudowania 'cudownego palacu'.

Od tego momentu przez kolejne 33 lata Listonosz Kon (Facteur Cheval) przy okazji wykonywania swojej pracy bedzie zbieral kamienie, zeby potem tworzyc z nich swoja wymarzona konstrukcje.

Pracowal w nocy przy lampce naftowej, mimo kpin sasiadow uznajacych go za wariata. Przegladal kolorowe pisma przyrodnicze i geograficzne, ktore nosil w swojej torbie listonosza. Z nich czerpal wiedze na temat swiata, budowli, architektury.

  

Mieszal:

- style,
- kraje,
- epoki

i w ciagu:

- 93 tysiecy godzin,
- 10 tysiecy dni,
- 33 lat

stworzyl budowle majaca:

- 23 metry dlugosci,
- 12 szerokosci
- do 11 metrow wysokosci.
600 metrow szesciennych posklejanych kamieni i muszli.

Idealny Palac Listonosza Konia (Le Palais Ideal du Facteur Cheval).

A wszystko to skonstruowane reka jednego czlowieka.

Ludzie to potrafia miec hobby, nie? :)

 Moje ulubione giganty :)

P.S. Mialam wrazenie, ze Antonio Gaudi przejezdal tedy i zwinal pomysl na swoja Sagrada Familia ;)

Zapraszam tu http://picasaweb.google.fr/bartkowiakkarolina/LePalaisIdealDuFacteurCheval#

poniedziałek, 26 października 2009
Zainteresowania: spanie na czas

Za oknem ciemno i zimno, przed oknem herbata z cytryna i koc, w 'okienku' Notting Hill (nie jestem fanka tego filmu, ale co masz zrobic, jesli Twoj Chlopak zobowiazal sie posprzatac mieszkanie podczas swojego jutrzejszego pol-dnia urlopu? ;)).

Wchodzi rzeczony przyszly 'konserwator powierzchni plaskich'.

- Wiesz. On ma prace idealna - oznajmiam wskazujac na Hugh Granta.

- ?

- No idealna dla mnie - rozmarzam sie.

- Testeur de matelas/ testuje materace?

:I

No to poznaliscie (Ci wszyscy, ktorzy nie maja ze mna do czynienia osobiscie) moje ulubione zajecie - spanie na czas.

A Hugh Grant w Notting Hill jest wlasciecielem maciupenkiej ksiegarenki z przewodnikami, mapami i wszelkiej masci publikacjami podrozniczymi w tytulowej dzielnicy Londynu. Ach! :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17