Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
piątek, 30 października 2009
Wyspa klucz/ Malgorzata Szejnert

Na poczatku chcialabym serdecznie przeprosic Pania Malgorzate Szejnert za nazwanie jej w mojej pseudorecenzji Czarnego ogrodu  - krolowa polskiego reportazu.

Okazuje sie, ze nosi ona tytul... Cesarzowej. A - mam nadzieje, ze nie przyniose tutaj wstydu mojemu historykowi - cesarzowa to 'szycha' wyzsza od krolowej. Kajam sie tym chetniej, ze tytul ten w pelni zasluzony.

Wyspa klucz trzyma poziom swojego slawnego poprzednika - Czarnego ogrodu. Czyta sie rownie szybko, gladko i z szalona przyjemoscia.

Czy jest lepsza? (bo takie opinie slyszalam przed lektura moja, a po lekturze innych)

Jest rownie dobra. To nie lada osiagniecie. Po spektakularnym sukcesie utrzymac fason udaje sie jedynie najlepszym (nie bez podstaw te wyszukane monarsze tytuly ;)).

Temat wyspy Ellis - stanowiacej brame do wymarzonego Nowego Swiata na przelomie poprzednich wiekow - wydaje sie duzo bardziej pociagajacy niz historia katowickich osiedli. Pobudza wyobraznie...

Tak wlasnie bylo z moja. Spodziewalam sie, ze w ksiazce opisane zostana losy kilku z 12 milionow szczesliwcow, ktorzy przedostali sie przez 'wyspowe' sito. Ze dowiem sie nie tylko skad pochodzili, ale dokad dotarli, czy rzeczywiscie znalezli szczescie, jak zyly ich dzieci i wnukowie...

Niestety tego nie ma. Ale trudno winic autora za to, ze nie podazyl za wizjami rodzacymi sie w czytelniczej glowie.

Malgorzata Szejnert obrala inne spojrzenie na Wyspe Ellis. Skupia sie na jej pracownikach - mianowanych przez amerykanskich prezydentow komisarzach, biurokratach, lekarzach, matronach, opiekunach spolecznych...

Mozna i tak. Szczegolnie jesli jest to dobrze napisane.

Niezla robota.

Przeczytalam, ze Pani Malgorzata pracuje nad kolejna ksiazka, ale... trzeba bedzie na nia dluzej czekac. Szkoda.

środa, 28 października 2009
Le Palais Ideal du Facteur Cheval

Ponad poltora wieku temu wczesna wiosna, w niewielkiej wioseczce w Dolinie Rodanu przyszedl na swiat chlopiec. Nadano mu dwa imiona: Jozek i Ferdynand (Joseph Ferdinand). Po rodzicach chlopiec odziedziczyl nazwisko... Cheval (Kon :)).

Rodzina Jozka Konia nie byla bogata. Dlatego chlopiec mogl chodzic jedynie do pierwszych klas szkoly powszechnej. Potem musial szybko nauczyc sie fachu. Jako 13-latek stal sie piekarzem i przez kilkanascie nastepnych lat zaopatrywal wies w pachnace bagietki. 

Kiedy Jozek Kon przekroczyl trzydziestke otrzymal powazne stanowisko w administracji panstwowej - stal sie listonoszem.

Odtad, ze swoja wielka wypchana listami i gazetami torba, pokonywal codziennie ponad 30 kilometrow.

Pewnego kwietniowego dnia potknal sie o kamien. Przyjrzal sie sprawcy zamieszania, a kawalek skaly wydal mu sie na tyle fascynujacy, ze schowal go do kieszeni. Nastepnego dnia, przechodzac w tym samym miejscu, znalazl jeszcze ciekawszy okaz. Pomyslal, ze skoro natura umie tworzyc tak piekne male rzezby dlaczego nie mialby sprobowac i on. Szczegolnie, ze od dluzszego czasu w jego glowie kolatal sie pomysl zbudowania 'cudownego palacu'.

Od tego momentu przez kolejne 33 lata Listonosz Kon (Facteur Cheval) przy okazji wykonywania swojej pracy bedzie zbieral kamienie, zeby potem tworzyc z nich swoja wymarzona konstrukcje.

Pracowal w nocy przy lampce naftowej, mimo kpin sasiadow uznajacych go za wariata. Przegladal kolorowe pisma przyrodnicze i geograficzne, ktore nosil w swojej torbie listonosza. Z nich czerpal wiedze na temat swiata, budowli, architektury.

  

Mieszal:

- style,
- kraje,
- epoki

i w ciagu:

- 93 tysiecy godzin,
- 10 tysiecy dni,
- 33 lat

stworzyl budowle majaca:

- 23 metry dlugosci,
- 12 szerokosci
- do 11 metrow wysokosci.
600 metrow szesciennych posklejanych kamieni i muszli.

Idealny Palac Listonosza Konia (Le Palais Ideal du Facteur Cheval).

A wszystko to skonstruowane reka jednego czlowieka.

Ludzie to potrafia miec hobby, nie? :)

 Moje ulubione giganty :)

P.S. Mialam wrazenie, ze Antonio Gaudi przejezdal tedy i zwinal pomysl na swoja Sagrada Familia ;)

Zapraszam tu http://picasaweb.google.fr/bartkowiakkarolina/LePalaisIdealDuFacteurCheval#

poniedziałek, 26 października 2009
Zainteresowania: spanie na czas

Za oknem ciemno i zimno, przed oknem herbata z cytryna i koc, w 'okienku' Notting Hill (nie jestem fanka tego filmu, ale co masz zrobic, jesli Twoj Chlopak zobowiazal sie posprzatac mieszkanie podczas swojego jutrzejszego pol-dnia urlopu? ;)).

Wchodzi rzeczony przyszly 'konserwator powierzchni plaskich'.

- Wiesz. On ma prace idealna - oznajmiam wskazujac na Hugh Granta.

- ?

- No idealna dla mnie - rozmarzam sie.

- Testeur de matelas/ testuje materace?

:I

No to poznaliscie (Ci wszyscy, ktorzy nie maja ze mna do czynienia osobiscie) moje ulubione zajecie - spanie na czas.

A Hugh Grant w Notting Hill jest wlasciecielem maciupenkiej ksiegarenki z przewodnikami, mapami i wszelkiej masci publikacjami podrozniczymi w tytulowej dzielnicy Londynu. Ach! :)

Kamieniczka/ Edyta Szalek

Przezywam ostatnio kryzys ;) (az wstyd, ze w dobie, kiedy slowo to robi taka furrore nie znalazlo sie jeszcze ani razu Pod dachami Paryza ;)) Kryzys wieku sredniego czytelniczego :) Objawia sie on tym, ze... nie mam sily konczyc ksiazek. I nie chodzi tu o przerywanie po kilkunastu poczatkowych stronach, ale... zatrzymywanie na kilkanascie stron przed koncem (jako, ze ksiazki, ktore czytam nie maja na ostatnich kartkach wyjasnienia: kto zabil, mozna sobie pozwolic na takie nieszkodliwe dziwactwo).

Staram sie jednak caly czas godnie nosi odznake: zdyscyplinowany czytelnik... i koncze.

Choc czasem w bolach. Tak, jak to mialo miejsce w przypadku Kamieniczki.

Tomik ten, zawieracy niecale 100 drobnych stronniczek, przez wiekszosc odbiorcow nazywany 'lektura na jeden wieczor' przytrzymal mnie... tydzien!

Ja naprawde darze duza sympatia Edyte Szalek. 'Jedzie ona u mnie na opinii' (uzywajac szkolnej nomenklatury ;)) od czasu napisania garsci niezlych felietonow do Zwierciadla.

Dlatego, jak to w przypadku wzorowego ucznia bywa, przymknelam oko na zaslugujacy jedynie 'na trojke' ;) Sen zielonych powiek i chwycilam za Kamieniczke.

Mialam nadzieje, ze moze powiesc to nie gatunek literacki dla Szalek, i ze powrot do krotkich form bedzie spektakularnym sukcesem. Niestety nie jest.

- Dwoja, dwoja, dwoja, dwoja, dwoja!!!

(przypomina mi sie tutaj rozdrazniony glos mojej matematyczki, kiedy z nonszlancja odchodzilam od tablicy po uprzednim poinformowaniu jej, ze nie znam definicji i nie bede sie jej uczyc, skoro wiem, jak rozwiazac zadanie - alez bylo ze mnie bezczelne dziewczynisko kiedys ;))

Ja z przykroscia, a nie z wsciekloscia, musze Was przestrzec - nie czytajcie! Strata czasu! (nie uzasadniam tutaj mojej opinii, bo zdanie nauczyciela niepodwazalnym jest i swobodnie obywa sie bez argumentacji ;)).

Nawet, jesli to tylko jeden wieczor lepiej go spedzic na lekturze... bloga, na ktorym wlasnie jestescie ;) (no coz - bezczelnosc najwyrazniej jest cecha niezbywalna ;)).

No a kryzys najwyrazniej nie tylko czytelniczy, biorac pod uwage ilosc nawiazan do durnych i chmurnych czasow szkolnych ;)

- Moja droga panno! To nie jest recenzja ksiazki! Cos Ty mi tutaj wysmarowala! Dwojka! Siadaj!

czwartek, 22 października 2009
Ci obcy

Dziejszy ranek. Lazienka. Jeszcze przed zalozeniem szkiel kontaktowych.

Na podlodze przed drzwiami pojawila sie nieduza biala plama watpliwego pochodzenia.

Przez glowe przebiega kilka pomyslow - od mniej do bardziej drastycznych:

- odrobina piany, bedaca efektem ubocznym mycia wlosow,

- pasta do zebow rozbryzgana w szale szczotkowania,

- zuzyta guma do zucia - blerk...

- ... albo inne paskudztwo, ktore ewakuowalo sie z kieszeni P. (no dobra - P. nie nosi w kieszeniach obrzydliwosci, a wrecz przeciwnie - czyt. portfel ;) - ale tak mi pasowalo do tej historyji)

W zasiegu wzroku pojawia sie 'winny' (brak szkiel nie przeszkadza w odpowiednim zidentyfikowaniu jego osoby ;))

- Co to jest? - pytam z mieszanina zaniepokojenia i obrzydzenia.

- Kawalek farby, ktora odpadla z sufitu - informuje rzeczowo.

A nastepnie - z poblazaniem serwowanym malo rozgarnietym przedszkolakom - dodaje:

- Oh... pauvre kochanie qui a failli se faire attaquer par le morceau de peinture... ;)/ Aaa... biedactwo uniknelo ataku ze stony kawalka farby!

***

- Czy moglibysmy jutro wygospodarowac troche miejsca w naszym lozku? - pyta P.

(P. jak poligamista??? ;))

- ???

- Jutro przybywa Kochanie 3* - oznajmia z duma.

:I

*Kochanie 3 - aparat fotograficzny na widok, ktorego duuuuuuuuuuzi chlopcy przebieraja radosnie nogami, stanowi udoskonalona wersje Kochania 2 (pst - nie wspominac przy tym ostatnim, bo moze mu byc przykro - sic! ;)). Kochanie 3 - podobnie, jak jego poprzednik stanie sie zapewne nieodlacznym elementem ubioru, z ktorym kontakt dotykowy moze zostac przerwany jedynie na czas kapieli. W celu uzycia przez osoby trzecie konieczne jest spojenie wlasciciela ;)))

środa, 21 października 2009
Stan umyslu: blondynka

Blond to nie kolor wlosow to un etat d'esprit/ stan umyslu uslyszalam wczoraj od P. Nie dotyczylo to mnie, a... - biorac pod uwage sytuacje z dzisiejszego poranka - powinno.

Oprocz umyslowego blondu na moje zachowanie wplynely zapewne (coz - wiem - probuje sie usprawiedliwic ;)):

- daleko posunieta nieumiejetnosc klamania,

- oraz mordercza dla mozgu pora.

Dzis, godzina 7:53, na jednej ze stacji paryskiego metra.

Stoje. Cala zaczytana (zazwyczaj czytam ksiazki... po polsku, tym razem jednak ambitnie chwycilam za jeden z darmowych paryskich dziennikow - nie zeby lektura byla na tyle wzniosla, ale zawsze mozna sie pozniej popisac znajomoscia tego 'co w trawie piszczy' albo... przynajmniej nie zblaznic ;)).

Podchodzi do mnie mezczyzna zaopatrzony w teczke, dlugopis, formularze... Ankieter.

Wydusza cos spod nosa...

- I'm sorry. I don't speak french - odpowiedzialam ze sztucznym polusmiechem.

Wiem, wiem... mozna po prostu odmowic. Ale... taka odpowiedz daje wiekszy spokoj ducha (uprasza sie psychologow o nie pozostawianie komentarzy dot. mojej umiejetnosci bycia asertywna ;)).

Ankieter z twarza rownie obojetna jak przy pojawieniu sie - znika.

A ja - z przerazeniem! - odkrywam na nowo... FRANCUSKOJEZYCZNA gazetke w swoich rekach.

Argh! :I

Dla pograzenia sie dodam, ze wspomnianie wyzej zaczytanie nie oznacza niezobowiazujacego przerzucania stron, ale wnikliwa lekture jednego z artykulow ...

wtorek, 20 października 2009
Dziewczynka w czerwonym plaszczyku/ Roma Ligocka

Zaczne od wyznania. Nie wiem, czy to wstyd, czy nie ;), ale... zawsze wydawalo mi sie, ze to ksiazka Romy Ligockiej dala Spielbergowi pomysl na dziewczynke w czerwonym plaszczyku. A nie odwrotnie. Chyba nawet sprzedalam te wersje P. podczas wspolnego ogladania Listy Schindlera (choc jestem przekonana, ze on juz o tym nie pamieta).

Dziewczynke... chcialam przeczytac od dluzszego czasu. Ale jakos nam sie nigdy drogi nie skrzyzowaly. Az do teraz. Dzieki mojej przyjaciolce oraz bibliotece w Dopiewie (myslicie, ze panie blibiotekarki z rzeczonej miejscowosci moga czytac mojego bloga? gdyby tylko wiedzialy, ze jedna z ich podopiecznych znajduje sie obecnie 1300 km od miejsca zameldowania...) udalo nam sie zapoznac.

Przyjemne to bylo spotkanie (podobnie, jak w przypadku wczesniej czytanych Tylko ja sama  oraz Kobieta w podrozy). Lubie styl Romy Ligockiej. Prosty. Nieudziwniony. Bez ambicji na wycisniecie lez. Ma sie wrazenie, ze siedzi sie z autorka przy herbacie z cytyna, a ona opowiada spokojnie swoje zycie - holocaust, smierc ojca, flirt z komunizmem, malzenstwo z alkoholikiem, aborcja, uzaleznienie od lekow...

Jesli historia ma tyle tresci nie trzeba przeciez nadawac jej wyszukanej formy...

Po przeczytaniu ksiazki, a przed pisnieciem slowa tutaj lubie dowiedziec sie, co o lekturze sadza inni.

Tym razem natrafilam na mnostwo czolobitnych komentarzy, ktorych autorzy twierdza, ze bestseller Ligockiej zmienil ich zycie. Hmm... moze nalezaloby zaczerpnac troche z dystansu pisarki ;)?

I ze Dziewczynka w czerwonym plaszczyku byla pierwsza ksiazka w ich 17-letnim zyciu, ktora udalo im sie przeczytac do konca! ... Hmm... (tutaj byl komentarz, ale... dokonano na nim bestialskiej cenzury ;)).

Z drugiej zas strony pojawily sie osoby, ktore pietnowaly sie za brak wrazliwosci, czulosci i serca, bo nie udalo im sie uronic zadnej lzy. A przeciez powinny. Bo to ksiazka o wojnie. I ze nie lubia bohaterki. A przeciez powinny. Bo to ofiara wojny.

Ja tez nie uronilam i nie uwazam, ze z moja wrazliwoscia jest jakis problem. A bohaterka - ani przeze mnie lubiana, ani nie - jest niezwykle interesujaca 'kobieta po przejsciach' zyjaca w wieku totalitaryzmow. Po prostu...

piątek, 16 października 2009
P. rzyklad brac!

Czytam blog rozcinam-pomarancze http://rozcinam-pomarancze.blog.pl/

Regularnie.

Bo lubie :)

D. - druga - ta francuska - polowka pomaranczy uczy sie polskiego.

P. oczywiscie na etapie wczesych zalotow zaklinal sie, ze za cztery lata bedzie mowil jezykiem Mickiewicza tak jak ja... Moliera, czyli... jako tako ;) Tymczasem nie ma widokow nawet na taki poziom...

Z zazdroscia i szczypta zlosliwosci donosze P. o wyczynie D.

- Tu lis des blogs de science fiction maintenant? ;)/ A ty czytasz teraz blogi science fiction?

P.rzyklad brac! ;)

wtorek, 13 października 2009
Jak sie nazywa napastnik druzyny Wysp Owczych?

Kiedys zgadalo nam sie z P. na temat ksiazek z dziecinstwa. Przy okazji tej rozmowy wyszlo na jaw, ze moj chlopak ma podstawowe braki w wiedzy ogolnej ;) Nie zna mianowicie Hansa Chrisitana Andersena (ktory stanowil dla mnie lekture podstawowa w chorobie... i zdrowiu tez). Nieznajomosc Jana Brzechwy (ktory stanowil dla mnie lekture podstawowa w chorobie... i zdrowiu tez) bylaby dla mnie do zaakceptowania. Ale Andersen?!

Przechodzimy wlasnie obok afisza informujacego o przedstawieniu Brzydkie kaczatko (czy tez innej basni Hansa Christiana).

- O widzisz to jest wlasnie ten basniopisarz, o ktorym Ci mowilam. Ten, ktorego nie znales. Andersen.

- Ale ja znam Andersena.

- ? - dziwie sie - Mowiles, ze nie znasz.

- Bo wtedy nie znalem. Ale po ostatnim meczu Francji z Wyspami Owczymi juz wiem, ze... Danny Andersen to napastnik druzyny Wysp.

: I

Teraz gdyby mi przyszlo wziac udzial w Milionerach i odpowiedziec na pytanie za milion - Jak sie nazywa napastnik druzyny Wysp Owczych?
a/ Hans Andersen,
b/ Christian Andersen
c/ Danny Andersen
d/ Hans Christian Andersen
nikt by mnie nie zagial. I Was juz tez nie ;)

Za wikipedia: Andersen to piate pod wzgledem popularnosci nazwisko w Danii.

(potem na odczepnego stwierdzil, ze tego 'mojego' Andersena tez zna, ale... kto go tam wie... ;)

poniedziałek, 12 października 2009
Le Petit Nicolas

Zainaugurowalismy z P. nasz jesienno-zimowy sezon kinowy  filmem... Le Petit Nicolas ;)

Niepowazne to takie ze strony jednej, ale z drugiej... toz to sama klasyka francuskiej literatury dzieciecej. Nie tylko zreszta francuskiej. Moja najlepsza przyjaciolka zaczytywala sie Mikolajkiem w dziecinstwie (ja odkrylam go znacznie pozniej - jeszcze na poczatku naszej znajomosci P. przywozil mi tomiska z rozesmianym bonhomme'm/ czlowieczkiem pedzacym do szkoly w rozchelstanej marynarce ;) - na nim szkolilam pewien arcytrudny jezyk romanski ;)).

P. podsluchal gdzies, ze film jest kiepski. O taka opinie nietrudno w przypadku filmu, ktory jest ekranizacja TAKIEJ ksiazki. Pamietacie jak dokonywano u nas ekranizacji Pana Tadeusza albo Ogniem i mieczem? Wszyscy to znaja, wiec kazdy moze sie wymadrzac... Wszyscy czekaja, wiec kazdy moze wyrazic swoja dezaprobate... No i jeszcze te rysunki. W zbiorowej swiadomosc Mikolajek to czlowieczek narysowany fantastyczna kreska Jean-Jacques Sempé. Trudno wiec sie dziwic, ze nielatwo sie przekonac (ale mi konstrukcja tu powstala ;)) do pucolowatej twarzy dziewczeco slicznego Maxime Godart (filmowy Nicolas).

Ale film jest po prostu drolement chouette (to nie ja, to Madame Figaro). Bardzo udana dziecieca obsada (moj ulubieniec to Victor Carles vel Clotaire - celui qui est dernier de la classe/ ten, ktory jest ostatni w klasie - genialna scena, kiedy Clotaire zastanawia sie nad odpowiedzia na pytanie ministra: jaka rzeka przeplywa przez Paryz?), swietna scenografia (akcja toczy sie w latach 60-tych, kiedy stolica Francji byla mniej zaludniona ;) a panie nosily wysokie ;) fryzury i pastelowe opaski) i przede wszystkim naprawde niemalo smiechu (mnie najbardziej rozbawila scena, w ktorej mama Nicolasa podczas kursu prawa jazdy wykonuje... 'koperte' :D).

Dla dzieci malych i duzych. Polecam :)

 
1 , 2