Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
poniedziałek, 28 września 2009
Dlaczego faux pas pochodzi z jezyka francuskiego ;)

Musze zalatwic pewna sprawe z Chrisem (z przyczyn nieoczywistych dokonuje tutaj zmiany imienia ;)).

Nie znam Chrisa. Dzwonie...

Dziesiec minut jestem juz bogatsza o nastepujaca wiedze:

a/ Chris jest gburem

b/ Chris jest Polakiem (i ma na imie Krzysztof - a przybral to znane powszechnie zdrobnienie dla ulatwienia zycia Zabojadom - o tym, ze jestesmy rodakami zorientowalismy sie dopiero po 10 minutach dretwej rozmowy :)).

Chwile pozniej dysktuje z jego kolega - szalenie sympatycznym Francuzem - z ktorym wspolpracuje od ponad roku, a ktorego od Chrisa dzieli:

a/ sciana,

b/ umiejetnosc prowadzenia rodosnej konwersacji.

- Aaaa... mialas okazje poznac naszego Chrisa - smieje sie - i jak wrazenia?

- Hmmm... taki specyficzny jest ten Twoj kolega - podchodze do sprawy tak, jak do zdechlego szczura, czyt. delikatnie ;) (w koncu nie wiem, czy nie jestem na glosnomowiacym z uchem Chrisa przy aparacie)

- To nie jest moj kolega, to Polak.

- ??? - zdebialam.

Na cale szczescie, ze lubie F. bo... "ù^$m:^^'''@***!§§§###

- Hmmm... F., ja tez jestem Polka.

- SERIO?!  - czuje, ze juz nie rozmawiam z zaba, ale ze strusiem ;) (tak mu glupio ;))  - SORRY! ALE FAUX PAS!

- ... - wyciagnal juz leb z piasku i teraz wije sie, jak piskorz.

- Przepraszam Cie Chris naprawde robi zla reklame Twojemu krajowi... - odzyskal rezon - ... blablablabla...

I wlasnie dlatego faux pas pochodzi z jezyka francuskiego ;)

niedziela, 27 września 2009
Pod dachami Kaszub

Tak, tak - spod paryskich przenieslismy sie na chwile pod cudownie pachnace sloma i babim latem - kaszubskie.

Dzieki temu P. (i ja tez ;)) mogl zobaczyc, jak sie kiedys w Polsce...

... wroble straszylo...

... dzieci bawilo...

... zdjecia pstrykalo...

... i wino warzylo ;)

Z duma godna 25%-owej Kaszubki prezentuje

http://picasaweb.google.fr/bartkowiakkarolina/SkansenWdzydzeKiszewskie#

Za urlop tez przyjdzie kiedys nam zaplacic

Urlop sobie strzelilam. Od bloga... i nie tylko.

W Polsce :), czyli z babcinymi zrazami, w swoim dawnym lozku, ze star... mlodymi dobrymi przyjaciolmi przy piwie, winie, zasiedzialo sie po dawnemu, a na drugi dzien suszylo czasem, och... coz to byl za urlop ;)

Ale... pamietacie, jak Anna Jantar spiewala Nic nie moze przeciez wiecznie trwac? Ja tez nie pamietam, ale piosenke znam. O palpitacje przyprawial mnie zawsze wers za milosc tez przyjdzie kiedys nam zaplacic. Nie, nie - spokojnie - u mnie i P. wszystko w nalezytym porzadku ;) Ale w ostatnim tygodniu przekonalam sie, ze za urlop tez przyjdzie kiedys mi zaplacic.

Tydzien horror, tydzien masakra, tydzien porazka. Tak wlasnie okreslilabym ten nieszczesliwie, ale na szczescie mijajacy.

Dlaczego? Otoz w ostatnich dniach pobilam dwa rekordy. Niechlubne.

Rekord numer jeden - najciezszy tydzien pracy w calym roku. Co zabawne wtorek uznalam za najfatalniejszy pod tym wzgledem, potem jednak przyszla sroda - i wahanie - moze jej jednak nalezaloby przyznac pierwszenstwo? - i w koncu piatek - niekwestionowany zwyciezca - VENDREDI 25/09 LA PLUS MERDIQUE JOURNEE DE TOUTE L ANNEE/ PIATEK 25/09 NAJBARDZIEJ GOWNIANY DZIEN CALEGO ROKU!!! (na cale szczescie przyszedl weekend, ktory ukrocil zlosliwosc tego msciwego tygodnia).

I to nawet nie chodzi o koniecznosc dlugiego siedzenia w biurze, ale raczej tego, ze stawalam sie na kilka godzin... gesia, ktora karmia przez rurke, zeby produkowala fois gras. Podlaczona do linii telefonicznej i skrzynki mailowej przyjmowalam problemy az po niestrawnosc, po czym oczekiwano, ze przerobie je na pyszniutkie zadowalajace rozwiazania. Blerk!

Rekord numer dwa – najdluzszy czas przejazdu do/z pracy. Moja firme od domu dzieli okolo 15 kilometrow. W ostatni wtorek jechalam ten odcinek... 3 GODZINY = 180 MINIUT = 10 800 SEKUND = zaniepokojenie, rozdraznienie, wscieklosc, glupawka (w tym stanie zadzwonilam do P. i poprosilam o to, zeby, jesli do 22 sie nie zjawie, przywiozl mi uprzejmie koc i termos z herbata), zniesmaczenie (na tym etapie wykonalam kolejny telefon, zeby wykrzyczec mu, ze NIENAWIDZE PARYZA i, ze ma pakowac walizki, bo przeprowadzamy sie do Bretanii), rezygnacja...

... za urlop tez przyjedzie kiedys nam zaplacic...

Niezwykle udanego nowego tygodnia zycze - sobie (mam nadzieje, ze ze zrozumialych wzgledow wybaczycie mi te egocentyczna kolenosc) i Wam.

A przynajmniej lepszego niz mijajacy... ;)

czwartek, 10 września 2009
Nam calowac nie kazano, czyli pozytywna strona pandemii grypy

Par mesure préventive nous vous demandons de ne plus: / Ze wzgledow prewencyjnych prosimy o nie:
1. Vous serrer la main/ witanie sie poprzez uscisk dloni
2. Vous faire la bise/ calowanie sie na powitanie.

Taki oficjalny mail wpadl do mojej skrzynki.

Czy byloby to mozliwe w polskiej firmie? Czy ktos u nas urzadza czterdziestominutowa poranna przebiezke po pietrach biurowca celem ucalowania osob, ktorych... imienia czasem nawet nie zna?! Oto Francja wlasnie ;)

Bisou/ buziak tu, bisou tam.

Kiedy zapytalam P., co go zdziwilo podczas pierwszego pobytu w Polsce uslyszalam:

- Ozieblosc.

- ? - zaniepokoilam sie.

- Kiedy spotykacie sie w gronie znajomych nie witacie sie zbyt wylewnie. Ktos kto przychodzi do pubu rzuca czesc i siada.

Dla mnie wystarczy. Blizej mi do Skandynawa niz Poludniowca. A w calym swoim trzydziestoletnim zyciu nie wystawialam tak czesto policzka do calowania (nie oszukujmy sie - nadal nie wydaje tego cmokajacego odglosu, ktory pozwalalby uznac moje powitanie za rasowe bisou), jak podczas roku tutaj.

Bisou tu, bisou taaaa...a-psik!

Wlasnie po to, zeby uniknac kichania (bolu w kosciach, glowy - grypy quoi) dostalismy przymusowe wakacje od calowania ;)

Aaaaaaaaa...!!!! PS-ik:

Mala sciaga dla niewtajemniczonych - calujemy sie:

- 4 razy w stolicy - wersja dla matek z dzieckiem i blekitnych ptakow,

- 3 razy na prowincji, czyt. wszedzie poza Paryzem, np. w Poznaniu ;)

- 2 razy w stolicy - ostatnio obowiazujaca wersja skrocona - 'w przelocie' - dla pedzacych szczurow

- kobieta z wszystkimi ;) (nam to zawsze wiatr w oczy ;), choc czasem... warto ;))

- mezczyzna z kobietami i... im dalej na poludnie... tym chetniej z mezczyznami :).

No to...

Bises/ buziaczki.

wtorek, 08 września 2009
Allez Drwalu!!!

Wszystkim przyzwyczajonym do tego, ze Francuz to istota lekka, zwiewna, egzaltowana, ze skreconym w pierscionki wlosem, radykalnie przystrzyzonym wasem i podniebieniem rozpieszczonym 'bulka przez bibulke' spiesze doniesc, ze wizja ta ma sie do prawdy, jak... ja do kuchni ;)

Wspolczesny Francuz wyglada tak:

  

Sebastian Chabal vel Caveman/ Jaskiniowiec vel Boucher/ Drwal - gwiazda francuskiego rugby

Mysle, ze taka pupa podzialalaby na zmysl wzroku Pani Tyszkiewicz nie gorzej niz posladki Pudziana ;)

I wlasnie dlatego wyladowalam po raz kolejny na meczu rugby (majac takie pojecie o rugby, jak o gotowaniu bigosu ;)).

P.S. Zamiast bawic sie szpada, czy gilotyna wspolczesny Francuz woli grac...

 

... w chowanego?!?!?!

wtorek, 01 września 2009
Bikini/ Janusz L. Wisniewski

Nie chcialam kupowac tej ksiazki. Czytam wszystko Wisniewskiego i znakomita wiekszosc przynosi rozczarowanie. Tym razem jednak mialo byc inaczej - powiesc zapowiadano jako bogaty fresk społeczno-obyczajowy z czasow II wojny swiatowej i powojnia. Wisniewski bez internetu, molekul, wzorow chemicznych, hormonow,...? Dlaczego by nie sprobowac?

Poczatek Bikini, opowiadajacy o bombardowaniu Drezna uwazam za szczegolnie dobrze napisany. Mam - jak zapewne wiekszosc z nas - dosc solidna baze literacko-filmowa, na ktorej budowano nienawisc do narodu niemieckiego. W tej ksiazce Wisniewski tworzy okazje innego spojrzenia na Niemcy doby Hitlera. Jako na ofiary. Dobry Niemiec? Mozliwe.

Ten fragment przypomina mi nieco swym epickim rozpasaniem Jezdzca miedzianego P.Simons.

W dalszej czesci ksiazki spuszczamy wraz z autorem oko z wojennej zawieruchy w Europie i przenosimy wzrok na druga strone globu - na obserwatora militarnego spektaklu - Stany Zjednoczone.

Wpadamy w atmosfere wyjeta z Wyboru Zofii W. Styrona (autor chyba rowniez zauwazyl to podobienstwo, bo na koncu przedstawia nam Zofie bez dylematu ze Styrona, ale z bardzo podobnym zyciorysem).

Wisniewski jak zwykle balansuje na granicy sentymentalizmu i niestety dosc czesto noga zeslizguje mu sie na te przesadzona, placzliwa strone. Znowu kreuje doskonalych bohaterow a la James Bond. Zdarzaja mu sie banaly. I niepoprawnie podlizuje sie kobietom ;) Ale do tego zdazyl juz nas przyzwyczaic.

Na szczescie przyzwyczail nas rowniez do szacunku dla faktow (w koncu to naukowiec) i wyciagania ich na swiatlo dzienne tak, ze zostawia nas z otwartymi ze zdziwienia gebami. Ilu z nas wie, ze Hitlera nominowano w 1938 do pokojowej Nagrody Nobla, ze w czasie bombardowania Drezna powstala burza ogniowa, ktora unosila stada krow w powietrzu, albo, ze heroina byla masowo sprzedawana przez Bayera  jako lekarstwo na kaszel w Stanach, w latach 20-tych poprzedniego wieku?

Wisniewski w tej ksiazce przemyca duzo wlasnych (czesto wydaja mi sie one nie tyle jego, co nasze - polskie) pogladow na swiat - na Amerykanow, Zydow, krytykow, Hitlera,... Lubie, kiedy autor nie waha sie napisac, co mysli.

Podobaja mi sie powiesci, w ktorych indywidualna historia rozgrywa sie z ta DUZA, POWAZNA (Europy lub innego zakatka swiata w tle) dlatego Bikini czytalo mi sie dobrze i... polecam :)