Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
piątek, 31 lipca 2009
I jak tu go nie kochac?

Bedac wczoraj na basenie kupilam stroj kapielowy 'z maszyny'.

Stroj 'z maszyny' (wrzucasz drobniaka, ktory popycha stroj, ktory spada do pojemnika, ktory oprozniasz ;)) charakteryzuje sie tym, ze jest:

a/ tani,

b/ nieprzymierzalny (tzw.  zakup 'stroju' w worku).

Wybralam najwiekszy, czyli XL 42/44. W normalnych warunkach, czyt. polskich powinnam sie w takowy opalacz gladko wcisnac, ale nie tutaj... tutaj jest Francja. Francja – kraj dziewczat rozmiar mini S, jadacych na wodzie i salacie ;)

Dlatego w XL 42/44 czulam sie jak... scisnieta harmonia ;)

Z zazdroscia popatrywalam na wysportowane Paryzanki, ktore ‘spalaly’ salate w swoich doskonalych  strojach jednoczesciowych.

- Tez bym chciala miec taki stroj – wskazalam na dziewcze, ktore na plecach mialo misterna konstrukcje sznureczkow.

- To kup – odpowiedzial po mesku pragmatyczny P.

- No tak, ale tu we Francji nie ma takich duzych rozmiarow.

(wiem, wiem odrobine przesadzam – w koncu czarnoskore pupiaste i biusciaste Francuzki gdzies musza je nabywac!)

- Sa. Dans le club d'Aquagym de 3eme age/ W klubie Aqua-gimnastyki trzeciego wieku.

:I

***

Opowiedzialam P., ze nasze dialogi, a przede wszystkim jego puenty ciesza sie uznaniem kilku czytelnikow tego skromnego blogu.

Wiecie co stwierdzil?

- No tak, wlasciwie to twoj blog zawdziecza swoja popularnosc (tu przesadzil - czasem mu sie nieopatrznie wymsknie taki maly komplemencik ;)) mnie. Moim zdjeciom, i moim zlosliwym puentom.

I jak tu go nie kochac? ;)

środa, 29 lipca 2009
U gory roze na dole fiolki...

... my sie kochamy jak dwa aniolki ;)

Wracamy wczoraj wieczorem z basenu. Ja zdygana jak kon po westernie patrze z niesmakiem na schody w naszej kamienicy. Wspinaczka na czwarte! Przede mna!!!

I... wieszam sie na P. (nie bez przyczyny wybralam sobie takie konkretne chlopisko ;))

- Mam cie zaniesc?

Nieee... no az tak naiwna nie jestem. I wzrost nie sprzyja – ciagnelabym girami ;) po podlodze, i waga tez – bez komentarza :P

- Taaak – marudze jednak.

Po czym wyciagam ciezka artylerie ;)

- Przypominam ci, ze mnie kochasz.

- Tak, ale kocham cie tak samo na gorze, jak i na dole. Dla mnie mozesz wiec zostac tutaj.

 :I

czwartek, 23 lipca 2009
O kobietach... Czeskie opowiesci

Znowu cos sobie poczytywalam. Wlasnie - poczytywalam. Bo nie byla to zadna gruuuuuba powiesc, w ktora sie mozna zaglebic, a ktore uwielbiam, ale cienki zupelnie niepowazny tomik opowiadan, za ktorymi... nie przepadam. Opowiadania sa dla mnie za krotkie, za szybko sie koncza za... Tym razem jednak przyjaciolka podrzucila mi z rekomendacja: przyjemne. Do poczytywania wlasnie. Bez przymusu. Bez recenzji na kolanach. To najlepsze przygotowanie do czytania ksiazki...

Zbiorek opowiadan roznych autorow (w zamysle wyluskane to, co dobre od kazdego ;)) na jeden temat – kobiet. O zenach ;)

Nieprawdopodobne przypadki miłosne i najzwyklejsze codzienne problemy w wydaniu czeskich autorów z pewnością staną się ulubioną lekturą także polskich Czytelniczek i... Czytelników – mozna przeczytac na okladce.

Oby nie. Panowie – nie siegajcie po te ksiazke! Jest jak Puszka Pandory z kompletem kobiecych wad. Zazdroscia, msciwoscia, naiwnoscia... o – o tej traktuje prawdziwa perelka tomku – napisane przez faceta! Petra Šabacha – Krolestwo za story. Fantastyczne. Jesli chcielibyscie komus wytlumaczyc, czym jest kobieca naiwnosc odeslijcie go ze spokojem do tego opowiadania.

A wszystkie te zazdrosci, msciwosci i naiwnosci dla... tej na m... ;) W koncu nie ma kobiecosci bez milosci ;)

Czeskie opowiesci – o kobietach, o milosci,... przyjemne.

środa, 22 lipca 2009
W krainie Haribo, czyli niemieckie dzieci tula misie

 

Wiecej zdjec http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/Berlin#

U2 w Berlinie, czyli jesli na koncert to tylko do Niemiec

Po miazdzacej krytyce Madonny przyszedl czas na... U2.

Nieee... ;) Takiej tu nie znajdziecie chocby przez wzglad na przytlumiona, ale nadal nie gasnaca, atencje dla Bono (nr dwa na mojej meskiej liscie do wielbienia ;)).

To wlasnie dlatego wywialo nas na weekend do Berlina.

Koncert U2 byl... dobrym rockowym koncertem. Nic ponad i nic ponizej (uff...).

Ot - bylo minelo - chcialam zobaczyc Bono, Edge'a, Adama i Larry'ego na zywo (ze szczegolnym naciskiem na tego pierwszego! - a co tam dlaczego tylko w facetach ma pozostawac cos z dziecka ;) niech i nam wolno miec swojego nastoletniego idola z plakatu ;)) i zobaczylam. Hmm... bardziej na ekranie, bo trudno bylo dostrzec grymas na twarzy maciupenkiej figurki biegajacej gdzies tam hen... hen... na dalekiej scenie ;)

Chcialam uslyszec - i uslyszalam.

Razem z blisko setka tysiecy niemieckich (choc nie tylko; z duma przyobserwowalam - a raczej P. - dwie polskie flagi tuz przed scena) fanow.

I wiem jedno - jesli na koncert to tylko do Niemiec ;) Publicznosc byla genialna! Nie wiem, czy to zaprawa uzyskana na meczach niemieckiej reprezentacji, czy podczas Oktoberfest ;), ale... tam sie spiewa, tam sie bije brawo, tam sie... pije piwo ;) (zadawalismy sobie z P. pytanie ile cystern wypil caly stadion? ;)).

Pierwszy raz bylam na koncercie z tak fantastyczna publika - a moze to nie chodzi o to, ze Niemcy, ale o to, ze fani U2? ;)

It was a beautiful day, Don't let it get away, Beautiful day

wtorek, 21 lipca 2009
Berlin - europejska stolica z polskimi chodnikami :)

Weekend w Berlinie. Wstyd sie przyznac, ale mieszkajac dziesiec lat w Poznaniu (blizej niemieckiej stolicy niz polskiej ;)) nigdy nie przydarzylo mi sie zwiedzic tego miasta. BLAD! BLAD! Po trzykroc BLAD!

Odezwa: Kochani moi przyjaciele znad Warty :) Jesli jeszcze nie byliscie w Berlinie to jedzcie! Zaprawde powiadam Wam - to tylko dwie godziny czterdziesci drogi a warto. Oj warto :)

Dlaczego?

Po pierwsze w sprawie - Berlin to miasto do... mieszkania. Nie jest moze tak atrakcyjny wizualnie, jak Paryz (porownan do la plus belle ville du monde ;) bedzie tu kilka - sila rzeczy cisna mi sie same na klawiature), ale za to przyjemniejszy na codzien.

Dosc wspomniec, ze centrum miasta stanowi... ogromny park. Tak, ze wsrod moich fotek ze stolicy Niemiec znajduje sie cala seria pt:  Karolina tanczy na boso w swiezo zroszonej deszczem trawie ;)

Po drugie w sprawie - niestety mam takie zboczenie, ze mimochodem, bezwiednie i niekontrolowanie szukam punktow wspolnym z ukochanym Amsterdamem - no i prosze - mamy tu i rowery (podobnie, jak w Holandii lansuje sie tu z powodzeniem ten zdrowy dla nas i planety srodek transportu, czyt. sciezki, miejsca w berlinskim RER, zwanym S-Bahn), i... kanaly!!! ( jest tu podobno - nie liczylam ;) - wiecej mostow niz w Wenecji!!! ),

Po trzecie w sprawie - wprowadzono tu przepisy, ktore skutecznie odkorkowaly centrum miasta. Nie ma wiec przetracajacego leb paryskiego smogu i tlumu wscieklych kierowcow omijajacych, przechodzacych bezczelnie na czerwonym, zblazowanych pieszych (niesamowite ludzie tu cierpliwie czekaja na zmiane swiatla!!!)

Po czwarte w sprawie - ludzie sa tu mili i... UCZYNNI!!! Wystarczy sie zatrzymac niepewnie z jakims turystycznym gadzetem w stylu walizka lub mapa i zaraz znajduje sie sympatyczny starszawy Niemiec, ktory tlumaczy plynna angielszczyzna, gdzie nalezy sie kierowac. Co wiecej... wedlug jego wskazowek dochodzi sie w zaplanowane miejsce!!! (uczyc sie Wam Paryzanie! ;))

Po piatej w sprawie - tutaj sa takie same chodniki, jak w malych polskich miasteczkach :) Zabawne? Dla mnie tez  po kilkunastu miesiacach spedzonych na francuskich trotuarach rozrzewnily mnie... chodniki.

Berlin w obiektywie P. ;) http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/Berlin#

czwartek, 16 lipca 2009
Futuroscope, czyli kiedy w kinie pachnie lasem

Marzylo Wam sie kiedys, zeby kino dzialalo na pozostale zmysly, nie tylko na wzrok? Zeby w kinie pachnialo kwiatami wisni, kiedy ogladamy Jasminum? Albo, zeby i nam bylo dane czuc wiatr, ktory unosi piorko w Forrescie Gumpie?

No wiec spiesze doniesc (niewtajemniczonym, bo sadze, ze sporo osob juz o tym wie, a moze nawet mialo okazje sprobowac ;)), ze uczynilismy juz maly kroczek w tym kierunku :)

Ja - po sprobowaniu po raz pierwszy we wrzesniu ubieglego roku - nie moglam sobie odmowic powtorki. Wracajac ze wspomnianego wesela przez Poitiers zatrzymalismy sie w Futuroscope.

Jest to takie przyjemne miejsce dla tych, ktorzy wyrosli juz z Disneylandu, ale nadal lubia zaspokajac swoje dzieciece zachcianki.

Futuroscope to kompleks kin (i nie tylko, ale to wlasnie kina czynia go wyjatkowym ;)), w ktorym mozemy:

- wystawic glowe z pedzacego pociagu,

- przejechac sie waziutkimi uliczkami Poitiers wyscigowka! z zupelnie niedozwolona predkoscia!!!

- wybrac sie na mala przebiezke nad ziemia ze stadem dzikich ptakow,

- karmic wirtualnym jedzeniem wirtualne zwierzeta przyszlosci,

- pokrecic sie wokol Ziemi z odlamkami skaly, z ktorych powstal Ksiezyc.

A wszystko to dzieki:

- rozszalalym krzeselkom,

- ekranom pod nogami, z tylu, z boku i nad glowami,

- dziwacznie wygladajacym okularom ;)

Ja bylam dwa razy i... nie powiedzialam jeszcze ostatniego slowa. Aaaaaaaaaaaa-psik (ci, co byli wiedza dlaczego ;), a tym, ktorzy jeszcze nie byli goraco polecam! :))

http://www.futuroscope.com/

środa, 15 lipca 2009
14 lipca - Fete Nationale

 

Zdjecia P. - jak zwykle ;)

http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/14LipcaFeteNationale#

Zachowania stadne Francuzow, czesc druga

Francuzi sie wesela

Bylam na dwoch francuskich weselach, nie wiem wiec, czy to upowaznia mnie do zabrania glosu, ale... w koncu moj jest ten kawalek internetu, wiec moge sie swobodnie upowaznic i subiektywnie wypowiedziec.

Pomijam elementy wspolne slubu polskiego i francuskiego, czyt. biala suknia panny mlodej, frak pana mlodego, obraczki, goscie...

... o to, to... oto pojawiaja sie roznice. Goscie.

Wezmy na ten przyklad takiego wujka Jeana-Pierre'a.

JP zaczyna wesele od apero, czyli saczenia szampana i przegryzania malymi mises en bouche (mikroskopijne przekaski np. Saint Jacques w majonezie lub kanapeczki z salami i ogorkiem o powierzchni 1x1 cm), ktore defiluja obok niego na tacach kelnerek. Cala zabawa odbywa sie na stojaka i trwa okolo 2-3 godzin.

Po zakonczeniu tego dziobania JP zostanie zaproszony do stolu.

Zostanie tam przez kolejne 4 godziny. Bez muzyki. Bez tanca. Ale za to oddajac sie ulubionej dyscyplinie, bedacej jednoczesnie sportem narodowym wszystkich jego rodakow czyli... jedzeniu :) Tak, tak JP nie przychodzi na wesele po to, zeby pic (w przeciwienstwie do wujka Janka, czy Piotra), ale po to, zeby JESC :)

Jednak JP nie dostanie wielkich polmichow pelnych schabowych, zrazow i innych mielonych, tak, aby mogl sie nafutrowac do syta. Dostanie raczej:

- fois gras na dobry poczatek,

- lody plywajace w calvadosie (alkohol jablkowy, jedyny wyspokoprocentowy element w ciagu wieczoru, wystepujacy w ilosciach sladowych ;)),

- kawalek delikatnego miesa przystrojony polowka pomidora, rozyczka brokulow i pieczarka (znacie te dania, ktore maja cie nasycic raczej forma niz trescia ?;)) jako danie glowne,

- strzepki serow,

- miniptysie.

JP nie bedzie obzarty.

Do tego dostanie biale wino slodkie do kaczej watroby, czerwone wytrawne do miesa, szampana...

JP nie bedzie pijany (w przeciwienstwie do wujka Janka, ktory bedzie spal na stole i wujka Piotra, ktory wda sie w polityczna klotnie z kuzynem, ktora o malo, co nie zakonczy sie na rekoczynach).

Ale JP nie bedzie tez wybawiony. Dopiero po polnocy wyskoczy DJ, ktory bedzie miksowal jakies poszarpane kawalki. Nie bedzie orkiestry, radosnego dylania z ciocia Grazynka, no i... A teraz idziemy na jednego, a teraz idziemy...

Zachowania stadne Francuzow, czesc pierwsza

Francuzi jada na wakacje

Luty. Czwartek. Przed poludniem. Wracam z moim szefem z delegacji w Wielkiej Brytanii. Znajdujemy sie na autostradzie Le Havre - Paryz. Trzy pasy. Plasko, pusto i przewiewnie. Jak na lotnisku.

- Po co wlasciwie Francuzom takie piekne szerokie drogi, skoro prawie nikt po nich nie jezdzi? - pytam naiwnie.

Przyzwyczajona jestem do tego, ze w srodku tygodnia na polskich drozkach sunace dostojnie karawany ciezarowek opedzaja sie od wibrujacych wsciekle cinque- i seicento przedstawicieli handlowych, tak, ze dla przecietnego kierowcy, przemieszczajacego sie z punktu A do punktu B nie ma juz miejsca.

- Autostrady sa potrzebne Francuzom, zeby dojechac na wakacje - uswiadamia mnie moj pryncypal.

***

Drugi weekend lipca. Pierwsza turnus jedzie wypoczywac

Znajdujemy sie na trasie Paryz-Niort (ktora prowadzi nad Atlantyk, do Bordeaux i polnocnej Hiszpanii). Znajdujemy sie na niej juz... 8 godzine! Podczas, gdy w normalnych warunkach pokonuje sie ja w... 4 i pol! Sluchamy radia. Informuja o... kolejnych utrudnieniach! W calej Francji jest juz... 500 km korkow!!!

Czegos takiego jeszcze nigdy nie widzialam. Przypomina mi to odrobine kroniki filmowe, w ktorych pokazywany jest exodus ludnosci. Tyle, ze tutaj to exodus w formie eksluzywnej. Wielkie, jak czolgi samochody poobwieszane sa roznych rozmiarow rowerami . W srodku poupychano dzieci, ktore swoje bose stopy wystawiaja za okna lub wsadzaja w uszy rodzicow. Zza tylniej szyby widac torby-lodowki, pilki, walizy, plastikowe pojemniki...

Zatrzymujemy sie na stacji benzynowej dla... WYTCHNIENIA?!

Stacja benzynowa wyglada, jak centrum handlowe przed Bozym Narodzeniem. Tlumy towarozerczych klientow.

Kolejka do lazienki damskiej (norma!) - 30 osob, kolejka do lazienki meskiej (sic!) - 5 osob, kolejka do kasy!!! (co mozna kupowac na stacji benzynowej majac kufry pelne wszystkiego?) - 30 osob, kolejki do maszyn z kawa - po 2 osoby przy maszynie...

Ci co juz zaspokoili zadze zakupow rozkladaja sie na piknikowanie.

Trzy metry kwadratowe uschnietej trawy. Miedzy ciezarowka a dystrybutorem. Rodzina na kocyku. 2-letni szkrab w rozowym kapelusiku. Dwa psy dwukrotnie wieksze od szkraba. No to smacznego ;)

Powinnismy dojechac na 16.30. Mielismy cztery godziny zapasu! Spoznilismy sie 2 godziny. Stracilismy ceremonie slubna, zyskalismy... obraz Francuzow wyjezdzajacych na wakacje. Bezcenne ;)

 
1 , 2