Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Korsyka - Ile de Beaute/ Wyspa Piękna, czyli wspomnień z wakacji część druga

Dziennik pokładowy - dzień pierwszy

Zjeżdżamy z promu na Ile Rousse.

Zaczyna się nasza przygoda z wyspą, która według Antoine de Saint-Exupery jest wynikiem uprawiania miłości słońca z morzem.

I ojciec, i matka są na miejscu. Słońce grzeje agresywnie, a morze ma barwę, jak z wakacyjnych folderów :)

Agawy, opuncje, wąskie drogi wiodące ciągle pod górę, maciupeńki bielony kościółek i...

- Zatrzymaj się! Zatrzymaj! - krzyczę do P. - Muszę to nakręcić

P. tłumaczy mi, że tutaj jest tak wszędzie i ma nadzieję, że nie będziemy się zatrzymywać, co sto metrów. W końcu to Ile de Beaute.

I jeszcze ten zapach. Podobno Napoleon (syn i duma tej wyspy) stwierdził, że byłby w stanie poznać swoje rodzinne strony z zawiązanymi oczami, jedynie po zapachu...

To maquis - wiecznie zielone, sucholubne, twardolistne zarośla skarlałych drzew.

Jedziemy od razu zwiedzać.

P. lekko przerażony, bo jak zwykle dobrze odrobiłam swoją lekcję przewodnika i dysponuję długą listą miejsc, które KONIECZNIE MUSIMY ZOBACZYĆ (!) Boi się, że nie dam mu zażyć plaży ;)

Spokojnie. Ja też nie zamierzam się zmęczyć wakacjami ;) Dziś w planie dwie malutkie, wg mojego przewodnika malownicze wioseczki - Pigna i Sant'Antonio.

Obie są położonymi na wzgórzach (tu nieomal wszystkie miejscowości wyrastają na zboczach gór) labiryntami wąziutkich uliczek, przy których stoją kamienne domy. W Pignie domy te mają lazurowoniebieskie okiennice.

 

Wioska jest centrum kulturalnym regionu. Znajduje się tu Domu Muzyki oraz warsztaty rzemieślnicze, w których lepi się garnki, wyrabia biżuterię,...

Sant'Antonio z kolei posiada miano jednej z Les Plus Beaux Villages de la France. Czyli kolejna z listy odfajkowana ;)

Na ocienionych, ale pomimo wszystko dusznych podwórkach lenią się koty...

Upał nieludzki. Trudno się dziwić ludziom z Południa, że nieskorzy w dzień do pracy. Przy takiej temperaturze to nawet odpoczywać się nie chce ;)

Dziennik pokładowy - dzień drugi

Znajdujemy się na campingu w okolicach Bastii.

Wczoraj wieczorem po mordzędze rozkładania namiotu, który mogłby swobodnie służyć na potrzeby cyrku, wybraliśmy się 'za chlebem' do stolicy departamentu Haute Corse - Bastii (prefektura drugiego departamentu na wyspie - Corse du Sud - znajduje się w Ajaccio). Echo. Wszystko pozamykane na cztery spusty. W końcu udało nam się znaleźć oświetlone okno, w którym czarnoskóry kucharz z misternie zapleciona fryzurą (Sanepid nie miałby prawa się czepiać za brak czepka) tworzył kanapki. Właśnie TWORZYŁ. To nie było zwykle robienie kanapek. To trwałooooooooooooo... (pomimo to, że upał już zelżał i można było bez obaw zagęścić ruchy) .

45 minut później udało nam się odejść ze stworzoną przez 'najpowolniejszego kucharza na świecie' pizzą. Była tego warta ;)

Zgodnie z wolą P. (2 godziny plaży dziennie) rano zaliczyliśmy część rekreacyjną, a na popołudnie zaplanowaliśmy część poznawczą, czyli Cap Corse. Półwysep, który wygląda jak palec wskazujący wystawiony w stronę państwa, z którego przybywa na wyspę najwięcej turystów - Włoch.

 Z obfitującej w wiraże drogi widać przez cały czas morze. Najczęściej w dole. Mało przyjemne uczucie, kiedy siedziesz po stronie pasażera, a z przeciwka nadjeżdża ścinający zakręty Korsykanin. Mieszkańcy wyspy jeżdzą comme des fous/ jak szaleni. 

Przerażenie rekompensują jednak takie widoki...

 

Wybrzeże usiane jest wieżami obronnymi postawionymi przez Genueńczyków - posiadaczy wyspy w wiekach średnich i po.

Może i słońce z morzem stworzyły Korsykę, ale trzeba przyznać, że ludzie później calkiem sympatycznie ją ozdobili.

Objazd kończymy w Saint Florent, miasteczku portowym, w którym smakuję korsykańskiego specjału - sera brocciu. Konsystencją przypomina nasz twaróg, ale ma ostrzejszy, bardziej zdecydowany smak.

Wracamy już po ciemku przez góry. Drogą, przez którą nabawiłam się stresu na cały późniejszy pobyt na wyspie. Jest wąsko, ani 100 metrów prostego odcinka, a w połowie trasy spotykamy straż pożarną gaszącą... płonący w dole samochód.

Dziennik pokładowy - dzień trzeci

Dziś zjeżdżamy na południe.

Próbuję znaleźć w gazecie info dot. wczorajszego płonącego auta. Bezskutecznie. P. mi nie wierzy! I oskarża o wybujałą wyobraźnię.

Po drodze mamy zwiedzić maleńki zagubiony w górach kościół San Michele de Murato. Zjeżdżamy z głównej drogi.

- To jest ta sama droga, którą jechaliśmy wczoraj wieczorem - śmieje się P.

Tym razem to ja mu nie wierzę. Za chwilę okazuje się jednak, że... ma rację. Gdybym wiedziała, to zadowoliłby mnie widok tego cudeńka na zdjęciu w przewodniku.

Po dziesięciu minutach okazuje się, że... i ja miałam rację. Na skalnym występie widać osmalony wrak auta, czuć swąd spalenizny, a na kamieniu obok... turyści zrobili sobie piknik. W końcu jest południe. Dla Francuza 12 w południe to uświęcona pora jedzenia!!! Nieważne gdzie, w jakich okolicznościach, i czy ładnie pachnie.

Docieramy na miejsce. Warto było jednak zobaczyć tę budowlę - wybudowaną według legendy  w ciągu jednej nocy przez anioły - na żywo. I mieć swoje zdjęcie ;), a nie tylko to w przewodniku.

 

Jazda wzdłuż wschodniego wybrzeża nie jest zbyt interesująca. Daleko od morza. Nudno. I za dużo ciężarówek. Kiedy więc docieramy do miejsca, z którego roztacza się widok na zatoczkę, którą 99% wrzuciłoby chętnie, jako tapetę na pulpit swojego komputera, zatrzymujemy się. I to... na trzy kolejne noce. W pobliżu jest bowiem camping. To tutaj przyjedzie nam spać z głowami nieomal dotykanymi przez morskie fale :)

Wieczorem jedziemy do Porto Vecchio albo inaczej Portu Vecchiu (niezadowoleni ze swojej przynależności do Francji Korsykanie zamalowali na znakach francuską nazwę miejscowości, zostawiając jedynię tę w języku korsykańskim). Centrum miasta nastawione jest na goszczenie bogatych młodych wczasowiczów z Włoch. Połyskujące różami i fioletami sterylne kluby, fosforyzujące żółciami i zieleniami drinki oraz mieniące się srebrem i opaloną skórą Włoszki.

A ceny przewyższają nawet te na Polach Elizejskich. Tak się bawi włoska złota młodzież :)

cdn :)

Więcej zdjęć - może nawet i ładniejszych http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/Korsyka#

czwartek, 25 czerwca 2009
Zmartwienia niedoświadczonego campera, czyli wspomnień z wakacji część pierwsza

Na campingu fajnie jest. Można sobie pobiegać. Można w piłkę zagrać też i połazić po drzewach. Można łapać do swych rąk kolorowe motyle (...) i polecieć do słońca choć na chwilę.

Ta piosenka w oryginale nie była, co prawda o campingu, ale tak mi podpasowała.

Rzuciłam pomysł o tym, żebyśmy nocowali pod namiotem podczas wakacji, ot tak... nie liczą, a raczej nie obawiając się, że moja propozycja spotka się z entuzjazmem. Tymczasem zanim zdążyłam zrobić listę 'rzeczy superważnych i absolutnie niezbędnych podczas wakacji' staliśmy się posiadaczami:

- 4-osobowego namiotu (inwestycja na przyszłość? ;))

- oraz nadmuchiwanego materaca o rozmiarach większych od naszego nieprawego łoża.

Gdybym w porę nie zatrzymała P.odniecenia to dołączyłąby do nich butla z gazem oraz stolik i krzesełka! (dla ścisłości donoszę, że nadal kulamy się małym srebrnym Filipkiem, pokracznym hitem wypuszczonym przez fabrykę Renault na początku lat 90-tych)

Moja niepewna mina, kiedy zobaczyłam to wszystko została skwitowana stekiem wyzwisk wagi lekkiej oraz jednym ciezkiej: Paryżanka!

Ja? Paryżanka?

Gdyby tak było udawałoby mi się zapewne zachować kobiecy nieskazitelny wygląd nawet na tak trudnym terenie jakim jest camping. Tymczasem ja po dwóch tygodniach przebywania w takim miejscu mam:

- stopy, które pedolog skierowałby do natychmiastowej amputacji,

- nogi upstrzone malowniczo siniakami oraz śladami po komarach rozdrapanymi bardziej lub nie,

- paznokcie, wyglądające tak, jakbym nie nocowała pod namiotem ale we własnoręcznie wykopanej ziemiance

(dalsza część wycięta przez cenzurę ze względu na drastyczne momenty)

No więc jedziemy na camping. Na campingu fajnie jest. Można sobie pobiegać...

Zmartwienia niedoświadczonego campera:

C, jak czemu ten cholerny namiot jest taki wielki? czemu instrukcja jest zrozumiała jedynie dla posiadaczy od tytułu doktorskiego wzwyż? i czy ten pasek nie powinien być napięty, a nie dyndać bez przekonania? C... z tym wszystkim!!! Jedziemy do hotelu? Zostaliśmy tylko dzięki niezdrowej cierpliwości P. A za drugim razem, i trzecim, i... było już lepiej... ;)

A, jak ale dlaczego gniazdko, z którego mamy korzystać jest po drugiej stronie pola namiotowego? I znowu musiałam użyć swojej silnej siły perswazji, żebyśmy nie weszli w posiadanie 50-metrowego nawijanego na wielką szpulę kabla,

M, jak mrówki. Zjawiają się natychmiast i są nie do wytępienia. Próbowaliśmy. Utopić, zasypać, ukamieniować... P. niestety pozwolił mi jedynie na broń biologiczną, choć ja miałam ochotę spróbować chemicznej (a jak by je tak płynem do naczyń albo do prania trzepnąć?!). Jedno jest pewne, jeśli kiedyś wybuchnie na świecie jakaś zaraza, albo inna bomba atomowa mrówki przetrwają!!!

P, jak pamiętaj! na drugi raz bliżej sanitariatów...

I

N-ie tak blisko drogi.

G, jak generalnie jednak jest... fajnie :)

... Można łapać do swych rąk kolorowe motyle (...) i polecieć do słońca choć na chwilę.

Na jednym z campingów rozbiliśmy się na niewielkim cyplu wysuniętym w zatoczkę, z wodą w trzech odcieniach niebieskiego oraz piaszczystą plażą. W nocy miało się wrażenie, jakby fala miała za chwilę dotkąć czubka głowy.

W hotelu nie do osiągnięcia...

Superwrażenie :))) Bezcenne.

Za wszystko inne zapłacisz kartą...

piątek, 12 czerwca 2009
Les Beaux Gosses/ Przystojniaki

Boisko szkolne. Dwoch przytlumionych, zgarbionych, szczodrze obdarzonych pryszczem nastolatkow przyglada sie grupce dlugowlosych szczebioczacych dziewczat.

W koncu temu nizszemu (z nosem 'na pol twarzy' i firana z wlosow a la jugoslowianski pilkarz) udaje sie namowic tego wyzszego (z fryzura a la Mireille Mathieu po nieudanej trwalej ondulacji i czolem nieskazonym mysla) do 'ataku'.

Wyzszy podchodzi do atrakcyjnej Azjatki i... rzuca, bez cienia wiary w powodzenie misji:

- Tu ne voudrais pas sortir avec moi?/ Pewnie nie chcialabys sie ze mna umowic?

Dziewczyna wybucha smiechem prosto w usiana tradzikiem twarz nastolatka.

- Non. Tu as vu ta guele?/ Nie. Widziales swoja gebe?

;)

Okrutne? Ryczymy ze smiechu... i tak jest juz do konca filmu. Gag za gagiem. Wybuch smiechu za wybuchem smiechu.

Dawno juz nie widzialam takiej komedii. Ostatnimi czasy na komedie przypada 4-5 zabawnych momentow, ktore... mozemy zobaczyc w zwiastunie filmu.

Tym razem wyswiechtany temat (gdyby tasmy z filmami o nastolatkach ustawiono jedna na drugiej to pewnie utworzona z nich konstrukcja bylaby wyzsza od Wiezy E.) jest naprawde smieszny.

Ale, jak tu zawalic film, kiedy glowni bohaterowie wygladaja tak ;)

Przy okazji ogladania przypomnialy mi sie zdania wyczytane niedawno u P. Gianopoulus w Wyznaniach chlopaka-zabawki: Nie chcialem gadac o seksie. Mialem szesnascie lat i tyle hormonow w krwiobiegu, ze wystaczylyby do zabicia doroslego nosorozca. Po prostu chcialem sie bzykac i tyle.

Les Beux Gosses/ Przystojniaki, czyli  wojna z pryszczami trwa ;) Polecam :)

czwartek, 11 czerwca 2009
33 sceny z zycia

Mialam wczoraj kiepski humor. Padalo. I postanowilam obejrzec, czekajace juz od pewnego czasu na moim twardym dysku, 33 sceny z zycia/ Malgorzaty Szumowskiej.

Jesli ktos z Was ogladal ten film to wie, ze... nie dokonalam najbardziej udanego wyboru. 

Nie dlatego, ze film jest kiepski. Bynajmniej.

Nie jest to po prostu film na niepogode. Kiedy to niebo zasnute nade mna i niepokoj hormonalny we mnie.

Chociaz z drugiej strony... na maly bol brzucha porzadny kopniak w pepek pozwala Ci uzyskac odpowiednia perspektywe.

Obejrzalam ten film z bardzo osobistym nastawieniem. Mam mniej wiecej tyle samo lat i rownie blogie zycie, jak jego tworczyni, kiedy... nieszczescia przyszly do niej nawet nie parami, ale czworkami...

Nie wiedzialam o 33 sceach za wiele. Tyle tylko, ze budzily bardzo skrajne opinie oraz, ze... traktuja smierc w sposob niepowazny, a ich bohaterowie smieja sie podczas pogrzebu.

Pomylka.

Film jest po prostu nafaszerowany emocjami oraz reakcjami na nie.

Emocjami i reakcjami w zetknieciu z najbardziej traumatycznym przezyciem, jakim jest smierc Kogos bliskiego.

Jest smutek, zal, bol, rozgoryczenie, wscieklosc, zwatpienie, rozczarowanie, niechec, ale i kpina oraz histeryczny smiech...

Pelny psychologiczny wahlarz.

Jak w zyciu...

Po filmie przeczytalam sporo opinii, recenzji... i rzeczywiscie znalazlam sporo krytyki, bo... traktuje umieranie w sposob niepowazny, a bohaterowie smieja sie podczas pogrzebu.

Mnie te reakcje wydaja sie skrajnie prawdziwe, uzasadnione... a kiedy jeszcze dowiedzialam sie, ze obraz inspirowany jest doswiadczeniem autorki, ktorej rodzice Dorota Terakowska i Maciej Szumowski zmarli w odstepie jednego miesiaca... to komu, jak nie jej wiedziec, co jest prawdziwa reakcja, kiedy niebo wali ci sie na glowe?

O koncu dziecinstwa.

Brrr... mocne. Porusza...

Polecam.

Przy okazji dowiedzialam sie, ze kolejny film Malosi Szumowskiej powstaje we Francji i traktuje o prostytucji na uniwersytetach w Paryzu oraz, ze Iza Kuna prowadzi blog.

środa, 10 czerwca 2009
I jeszcze tylko...

... dzis, jutro, piatek i... wakacje, znow beda wakacje, na pewno mam racje wakacje beda znow : ).

Tak sobie zaspiewamy wzorem OT.TO. A wlasciwie ja zafalszuje, a P. mi zawtoruje na swojej plastikowej gitarze do WII ;)

Chcac uniknac wakcyjnego ruchu, kiedy to caly zabi tlum ciagnie na Cote d'Azur (a ma to miejsce w lipcu z naciskiem na sierpien, kiedy wiele firm zamyka sie na cale trzy pierwsze tygodnie i wysyla przymusowo swoich pracownikow na zasluzony?! odpoczynek) jedziemy juz teraz.

Na dwa tygodnie - do slonca, do piasku, do morza, do gor i do... komarow.

Gdzie?

Nie grzeszymy zbytnia oryginaloscia. Na poludnie :)

Nie, nie na Costa Brava, nie na Lazurowe, nie do ociekajacej pomidorami Italii, ani do Mekki polskich wczasowiczow, czyli Chorwacji ;)

Filipek (srebrny gracik, bedacy wytworem francuskiego koncernu kolaborujacego w przeszlosci z Adolfem H.) bedzie mial po raz pierwszy okazje plynac... promem :)

Wybieramy sie do kraju pochodzenia wielkiego malego Napoleona (ktory urodzil sie tego samego dnia, co ja, choc nie tego samego roku, wbrew temu, co sugeruje P. :P), czyli na Korsyke.

Zabawimy tam tydzien. Slonce, piasek, morze, gory...

Nastepnie przenosimy sie do stolicy anchois (tych malych wsciekle slonych rybek, ktore wydlubujemy z pizzy ;)), czyli Collioure. Jest tam tak...

 

... bylismy juz tam w ubieglym roku przez 3 godziny i zmusilam nas do spedzenia tym razem 3 dni.

I znowu slonce, piasek, morze...

Wracajac przejedziemy przez Tuluze celem odwiedzenia zakreconego rudzielca, czyli chrzesniaczki P.

I znowu slonce, piasek... piaskownica? ;)

I jeszcze tylko jutro, piatek i...

http://www.youtube.com/watch?v=4Ot4A29OJmg&feature=related

poniedziałek, 08 czerwca 2009
Dziewczyna, ktora igrala z ogniem/ Stieg Larsson

Czekalam, czekalam i nooo... sama nie wiem.

Ksiazka jest interesujaca. Podobnie, jak pierwsza... sama sie czyta. 

Niepotrzebnie jednak przed jej pojawieniem sie na polskim rynku znalazlam info, ze drugi tom jest lepszy od pierwszego (a, ze przepadalam za pierwszym, az trudno mi  bylo bylo sobie wyobrazic, co mnie spotka w Dziewczynie...)

Nic mnie nie spotkalo. Drugi tom jest slabszy niz pierwsza czesc Millenium. Nie jest to totalna porazka, ponoszona czesto przez autorow, ktorych pierwsza powiesc stala sie bestsellerem (jak przez Zafona i jego Czas Aniola). Ale jednak w Dziewczynie, ktora igrala z ogniem:

po pierwsze primo:  moznaby spokojnie wyciac 100-150 stron ze srodka. Tam gdzie akcja wlecze sie, nie prowadzi do zadnych wnioskow i jest... nudnawo?

po drugie primo: zmienic koniec!!! mysle, ze wyobraznia stanowczo za bardzo poniosla tutaj autora.

Uwaga: ponizej znajduja sie szczegoly fabuly lub zakonczenia utworu. JESLI CHCESZ PRZECZYTAC KSIAZKE, NIE CZYTAJ NASTEPNEGO AKAPITU!!! ;)

Jak Lisbeth Salander mogla powstac z grobu - w sensie doslownym - WYKOPAC SIE SPOD ZIEMI!!!, z trzema kulkami w ciele, w tym jedna w istocie szarej mozgu?!!!?!!! A potem jeszcze - W TYM STANIE! - zacukac kogos siekiera???!???!

Tu kończą się szczegóły fabuły lub zakończenia utworu. MOZECIE SPOKOJNIE CZYTAC DALEJ... ;)

A teraz z zupelnie innej beczki, a raczej papierowego kubka... ;)

Ktos gdzies kiedys napisal, ze w Mezczyznach... wypito hektolitry kawy.

Zwrocilam na to uwage podczas czytania Dziewczyny... - rzeczywiscie! bohaterowie jada przez 700 stron na kofeinie (podobno Larsson tak lubil, kawa i papieros, papieros i kawa)).

Dodatkowo autor znajduje sadystyczna przyjemnosc w donoszeniu nam, a jakich kubkach-firmowkach ja wypijaja ;)

Na razie... spadam do kawomatu ;)

środa, 03 czerwca 2009
Ziemia nie kreci sie dookola Slonca, Ziemia kreci sie dookola Paryza

Przecietny Francuz nie odrozni Slowacji od Slowenii. A ostatnio zaskoczylam kolezanke z pracy stwierdzeniem, ze jezyk polski nalezy do innej grupy jezykowej niz jezyk francuski.

- Slowianski? Aaa... nie wiedzialam.

Coz... w koncu ja rowniez nie wygralabym konkursu geograficznego z wiedzy na temat Zakaukazia ;)

A Francuzi? Nie ogladali Seksmisji  (oprocz P., ktory podczas jej ogladania zwrocil uwage na... swobode obyczajowa panujaca u nas w latach 80-tych, wyrazona iloscia  nagich zenskich klatek piersiowych; wczesniej NIGDY tego nie zauwazylam ;)!), wiec nie wiedza, ze na Wschodzie MUSI BYC JAKAS CYWILIZACJA.

Dla nich po przekroczeniu Renu zaczyna sie dzika Germania, a za Laba to juz tylko snieg i biale niedzwiedzie ;)

Dlatego najbezpieczniej obrac kierunek poludniowy (Lazurowe Wybrzeze), ewentualnie zachodni (Ile de Ré). Najbezpieczniej, a ponadto... wszyscy tam mowia po francusku!!! (nawet, jesli z akcentem marseillais/ marsylskim) Uff...

A caly ten dlugi wstep po to, zeby przytoczyc pewna rozmowe, ktora zdarzyla sie dzis u mnie w pracy.

Osoby dramatu:

Moja Kolezanka z Pracy
Rozmowczyni Mojej Kolezanki z Pracy

Rozmowa odbywa sie przez telefon.

RMKzP: To jest towar do Luksemburga. Dlaczego nie fakturujecie wiec Belgii? (u tego klienta fakturuje sie oddzial w kraju dostawy towaru)

MKzP: Jesli to towar do Luksemburga to fakturujemy Luksemburg.

RMKzP: ...

MKzP: Luksemburg i Belgia to dwa rozne panstwa.

RMKzP: Ah bon?/Ach tak?

Niby Luksemburg przed Renem, ale jednak za bardzo na wschodzie ;)

wtorek, 02 czerwca 2009
Le Marais, czyli historia pewnej znajomosci

Pozostajac pod nieustajacym wrazeniem pisaniny chihiro o Paryzu - polecam, polecam, polecam :)

http://chihiro.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?503141

- postanowilam przekonac sie, co ona takiego widzi w tym calym Marais.

I oto, co ukazalo sie oczom mym niewinnym zielonym ;)

On...

i ona...

... on juz po wieczorze kawalerskim...

 

... i po przymiarce garnituru...

... ona cala w skowronk... tfu... rozach :)

 Przysiegaja sobie milosc, wiernosc i uczciwosc malzenska...

A potem jest weselisko!!! (uwaga! akcentowac z goralskim zaspiewem)

Tance...

 

... hulanki...

 

 ... swawole!!!

Miesa i trunkow nie brakuje...

... a i bojka staropolskim zwyczajem sie przydarza.

 

Prosto z przyjecia ruszaja w podroz poslubna...

... do Afryki...

... Azji...

 

... a nawet Holandii ;)

Od teraz beda zyc dlugo i szczesliwie.

I sie nie opuszcza az do smierci...

Oby...

Zrozumialam chihiro i stalam zdeklarowana 'wyznawczynia' Marais. Wiecej zdjec http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/LeMarais#

Je reviens te chercher/ Guillaume Musso

Zastanawiam sie caly czas, czy opisywac tutaj ksiazki lekkie, latwe i przyjemne. Ksiazki czytane w przelocie miedzy tymi przez duze K. Ksiazki, ktorym ostatnio na wlasny uzytek nadalam miano 'ksiazek do metra'.

Napisze cosik. Troche dla Was (wiem, ze niektorzy spedzaja dlugie godziny we wszelkiej masci autobusach i tramwajach, i TGV ;)), a bardzo dla mnie - ku pamieci. Mam zwyczaj natychmiastowego zapominania ksiazek. Szczegolnie takich, jak ta. Dzieki temu wpisowi moze nie siegne po nia po raz drugi ;)

'Je reviens te chercher’ Guillaume Musso, przedostatnia w dorobku pisarza, nie rozni sie bardzo od pozostalych (trzy wczesniejsze przetlumaczono na jezyk polski ‘Potem...’, ‘Uratuj mnie’, ‘Będziesz tam’ ).

Jest tutaj los, ktory daje sie oszukac. I to nie jeden, ale dwa razy!!! (gdzie indziej, oprocz bajek dla dzieci i takich wlasnie bajek dla doroslych dostajemy od zycia druga, a nawet trzecia szanse i mozemy umierac kilka razy? : ))

Po co? Po to, zeby naprawic zycie, w ktorym jest duzo pieniedzy i za grosz milosci, wielka kariera i ogromna samotnosc.

Czarno-bialo, proste schematy, milosc zwycieza nienawisc, troche magii, odrobina Nowego Jorku, czyli, jak to u Musso.

Jest to jeden z tych pisarzy, co pisza 'na jedno kopyto' (jak M.Levy, K.Grochola, J. Wisniewski). I choc wiesz, ze znowu bedzie to samo to kupujesz i czytasz (przynajmniej ja tak robie). Po przeczytaniu natychmiast zapominasz. Bo tu nie chodzi o to, zeby Toba wstrzasnelo, zebys zadawal sobie powazne pytania, zebys sie czegos nauczyl... ma byc, jak przy jedzeniu lodow, piciu coli, opalaniu na materacu w basenie i ogladaniu komedii romantycznej z udzialem duchow. Po prostu... przyjemnie : )

Takie jakby P.S. Umieszczanie cytatow z mniej lub bardziej powaznych osob przed kazdym rodzialem tej ksiazki uwazam za pretensjonalne.

Choc jeden szczegolnie przypadl mi do gustu: Seul, on marche plus vite; a deux, on marche plus loin/ Samemu idziemy szybciej; w dwojke idziemy dalej (przyslowie afrykanskie)