Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
środa, 27 maja 2009
Jestem w dziewiatym miesiacu...

... mieszkania w Paryzu. No! Wlasciwie to juz po ;) 

Przebywam we Francji tyle samo czasu, ile potrzeba na wyklucie sie z malej zygotki Malej Zoski :)

Kiedy pomysle o caaaaaaaaaalym tym dluuuuuuuuuim okresie i iiiiiiiiiiiiile sie w nim wydarzylo to przeraza mnie czas trwania ciazy ludzkiej ;)

A co sie wydarzylo?

Zamienilam:

- 52 metry kwadratowe na parterze w nowym bloku na 40...na czwartym... w kamienicy... z kucharzem ;),

- codzienne smiganie malym rozrywkowym autkiem na telepanie sie zatloczonym, smierdzacym potem metrem,

- spodniczki i buty na obcasie na dzinsy i trampki (tak! nosze trampki! pomaranczowe! nawet do pracy! ;)),

- schabowy z purée i burakami, zjadany przed monitorem na lososia z ratatouille i melonem, konsumowane przy stole podczas regularnej przerwy,

- duzo tanich jednorazowych butow z deichmanna na malo porzadnych skorzanych i... drogich ;),

- stresujaca robote w 'szpitalu dla psychicznie i nerwowo chorych' na rozleniwiajace zajecie w 'maison de retraite' ;),

- przasna, okraszana przeze mnie przeklenstwami mowe polska na 'jezyk Moliera' na poziomie przedszkolaka ;),

- piwo na wino, chleb na bagietki, a kapuste na salate,

-  przedpotopowa firmowa komorke, ktora dzwonila bez przerwy na maly rozowy telefonik, ktory ciagle milczy,

- i... szczesliwe ja na przeszczesliwe my :)

P.S. Niecenzuralna mina poranna pozostala (Ci, ktorym zdarzylo sie budzic rano u mojego boku wiedza, o co chodzi ;))

poniedziałek, 25 maja 2009
Kto butem wojuje...

Od dluzszego czasu przekonuje P. do przejrzenia garderoby celem uszczuplenia jej zawartosci.

Gdyby taki opor stawiali Francuzi w maju 40-tego roku...

Wczoraj - zwyciestwo!!! Piec par butow numer 45 wedruje do kosza.

- Ale dlaczego ja musze wyrzucac moje rzeczy? - mowi na granicy UDAWANEGO placzu (wiem, ze ma w nosie  te buty; choc moze i stad ten placz - podraznisz nos, a lzy sie pojawia ;)).

- Ja tez swoje wyrzucam (prawda to - wyrzucam!, a ze mniej? bo wyrzucam czesciej ;)). Mamy male mieszkanie. Potrzebujemy wolnego miejsca.

Chwile pozniej gramole sie na lozko obok niego. Jego rece sa wszedzie, i nogi, i cala reszta.

Z poczatku naiwnie uznaje, ze nie zauwazyl mojej checi leniwego zalegniecia u jego boku. Zwiekszam wiec poziom agresji w gramoleniu.

Teraz ewidentnie czuje, ze jestem CELOWO spychana z lozka.

- Hej! Dlaczego nie moge sie polozyc?

- Potrzebujemy wolnego miejsca.

:I

niedziela, 24 maja 2009
Spacer ten, nasz niedzielny

Jak każda podstawowa OMC komórka społeczna wybraliśmy się na tytułowy spacer ten, nasz niedzielny.

Na Montmartre.

A oto mini-fotoreportaż z przyjemnego wydarzenia :)

Zacznijmy od gołębi. Ptaki te...

 

... nie mają w niedzielę łatwego życia!!!

Kobiety zresztą... też nie, bo wodzą je tacy...

... na pokuszenie!!!

Na paryskim pagórku można i odrobiny Londynu zażyć...

... i sztachnąć się Amsterdamem :)

A wszystko przepasane jakby wstęgą paryskością zieloną... ;)

Na koniec fotozabawa - znajdź szczegół, którym różnią się te obrazki ;)

Więcej zdjęć: http://picasaweb.google.com/bartkowiakkarolina/NiedzielaNaMontmartre#

W drodze do Fontainebleau

Korzystając z nieświętowanego w Polsce, ale kultywowanego tutaj święta Wniebowstąpienia (w ostatni czwartek) wybraliśmy się do... Fontainebleau.

Okazało się, że P. myśląc o Fontainebleau myslał o lesie, a ja o... zamku.

Oto, kto miał silniejsze argumenty ;)

Miłego oglądania i koniecznie przy tym słuchajcie tego: http://www.youtube.com/watch?v=zRzPZmI6xGQ

W drodze do Fontainebleau nawet nam nieźle szło...

 

Zastanawiałam się czy P. zauważy tę 'kobietę o wielu cyckach'. Rzecz jasna - Nie przeoczył!

Dwie walizki bzdur mamy stamtąd, lecz...

 

Czy wiecie, że królowe francuskie rodziły na oczach tłumu? Taki reality show w dobie przedtelewizyjnej...

Więcej zdjęć: http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/20090520Fontainebleau#

poniedziałek, 18 maja 2009
Millenium

Czekalam na ten film. Tak samo, jak czekam na drugi tom cyklu Millenium - Dziewczyna, ktora igrala z ogniem/ S.Larssona (podobno nawet lepszy niz pierwszy) (dzieki Iza :))...

Wiedzialam juz oczywiscie 'kto zabil' ;), ale bylam ciekawa, jak udalo sie tworcom przedstawic powiesc z taka iloscia watkow, historii pobocznych, nakreslonych z detalami portretow postaci, bogatym tlem...

Historie okrojono (trudno zmiescic 600 stron w 2 i pol godziny filmu), ale... nie rozczarowalam sie.

Mikael Blomkvist w mojej glowie byl inny od tego na ekranie (podobno szwedzka to wersja George’a Clooney’a). Ale za to juz filmowa Lisbeth Salander byla idealna! (swietny tatuaz na plecach!, sprytna przemiana z czarnej calkowicie nieprzystepnej pankowki, na pankowke czarna, ale odrobine przystepniejsza – przynajmniej wizualnie ;)).

To, co na poczatku mnie draznilo (przyzwyczajenie druga natura ;)), ale ostatecznie urzeklo w tym filmie to... normalni aktorzy. Nie 50-tki z wstrzyknietym botoksem i ponaciagani starsi panowie, jak w hoolywodzkich produkcjach. Kobiety maja zmarszczki, a mezczyzni brzuchy! Brawo!

P. ktory ksiazki nie czytal, uznal film za niezly, choc historia wg niego nie byla nadzwyczaj oryginalna (dla mnie oryginalna, ale ja slabe doswiadczenie w tego typu literaturze i filmie mam). Podobalo mu sie osadzenie akcji w Szwecji (on lubi takie zimne klimaty ;)) i stwierdzil, ze siegnie po ksiazke. Yesssss! :)

39,9/ Monika Rakusa

Przypomnialo mi sie niedawno, ze na stosiku ksiazek, ktory ostatnio przywiozlam z Polski jest i ta. Stosik stoi sobie nietkniety, bo ostatnio sama na swoja glowe zlozylam pewien obowiazek. Omijam  wiec stosik z daleka, co by nie ulegac Rakus... pokusie.

Ale ta ksiazka  chodzila za mna, chodzila... az mnie dopadla. Mialam przeczytac ociupinke, poczateczek, zeby tylko przekonac sie, ze warto poczekac. I co?

I przeczytalam jednym tchem. Do samiutkiego konca (nie zeby byl to jakis superwyczyn czytelniczy, bo ksiazka liczy nieco ponad 200 stron).

Po pierwsze primo - napisana swietnym jezykiem (to, co podobalo mi sie u K. Vargi tu sie powtarza, oczywiscie styl autorki jest inny, ale tak, jak u niego oryginalny).

Po drugie primo - bohaterka (jest to pamietnik, a bohaterka=Monika R.) pisze bardzo duzo o swoich zydowskich korzeniach, o ktorych dowiaduje sie przypadkiem w wieku 15 lat; okazuje sie, ze to, ze dowiadujesz sie o swoim zydostwie pozno nie umniejsza wplywu tej wiedzy na cale twoje pozniejsze postrzeganie swiata; kiedy czytalam te fragmenty kojarzyla mi sie odrobinke Roma Ligocka..., lubie czytac o tej kulturze,

Po trzecie primo - bohaterka jest kobieta na miare XXI wieku, czyt. dwoje dzieci - kazde z innym facetem, czyt. drugi maz od kochania, pierwszy od przyjazni, wszyscy zyja w zgodzie, i jest pies, a mimo to...

Po czwarte primo - ... sa rozterki bohaterki - bo piersi nierowne, choc to normalne, bo mi psycha siada, a probowalam juz psychoanalizy, ustawien rodzinnych Hellingera, zreszta i tak w to nie wierze, a psychiatra nie chce mi przepisac tabletek na szczescie, bo szramy po porodach na brzuchu, bo moze zle wychowuje dzieci, bo gruba jestem, a dieta mnie wkurza, bo z matka sie nigdy nie rozumialam, a ojciec zapomnial, jak mam na imie, bo starzeje sie zbyt szybko, bo nie pracuje, a mam dwa fakultety, bo...

... nawet jesli nie znalazlyscie na tej liscie niczego SWOJEGO (ja tez nie :P), to na pewno znajdziecie COS w tej ksiazce.

Wspomne tylko jeszcze, ze jest to debiut Moniki Rakusy. Nader udany. Gratuluje :) I polecam... (uwaga indywidualna: Iza pozycze Ci! ;))

środa, 13 maja 2009
Niby nic, a tak to sie zaczelo...

13 maja Anno Domini 2007 poznalismy sie z P.

On zatopil sie w glebi zielonych oczu moich jeziorach (zielone jeziora? widocznie rzesa zarosniete ;)), a ja wpadlam po uszy w przepastne doleczki jego policzkow usmiechnietych :D

Wiekszosc z Was zna poczatek tej slodkiej ;) historii. Ale sa tez tacy, ktorzy mnie nie znaja, a mnie czytaja (wow! Kochani, nawet nie wiecie, jaka mi sprawiacie przyjemnosc, dzieki serdeczne:)).

Cofam sie w przeszlosc znacznie...

Trzy lata temu znudzona ciaglym mieleniem english phrasal verbs postanowilam podszkolic moj wystepujacy w  ilosciach sladowych francuski. Glucha na komentarze w stylu: -A po co ci do szczescia francuski? (tak, tak Iza - pamietam, jak mi zadawalas te nierozsadne pytania ;)), poszlam na kurs do Antoine'a. Z kursu wynioslam niewiele, za to poznalam Osobe, Ktora Odegrala Role Kluczowa w Tej Historii. Nie wiem, czy chcialaby, zeby ujawniac jej imie, wiec nazwijmy ja umownie... Edyta ;))

Edyta wydawala mi sie niezykle wyniosla i pomimo, ze to ona byla niewielkiej postury to ja czulam sie przy niej jak mala szara mysz. -To ostatnia osoba z kursu, z ktora moglabym sie zakumplowac - od razu przekreslilam nasze szanse na wspolny wypad na piwo. Nieslusznie!

Wkrotce do takiego wypadu doszlo. Pierwszego, drugiego, trzeciego... Potem zaprosila mnie na wystrzalowa, wybuchowa fasolke po bretonsku i... postanowilysmy pojechac razem na wakacje.

Dla Edyty istnial tylko jeden kierunek wojazy - Heksagon - a ja, zachecona opowiesciami mojej mamy ( -Zobaczysz, jak tam pojedziesz to sie zakochasz ;) Teraz troche zaluje tych slow, bo corka nie zrozumiala i zamiast w pieknym Paryzu, zakochala sie w pieknym Paryzaninie ;)) oraz checia szkolenia mojego nieistniejacego jezyka francuskiego, zabralam sie z nia jako 'osoba towarzyszaca'.

Edyta opracowala nasze tournée. Na dobry poczatek wystepy artystyczne w Paryzu... Dzieki sieci dysponowala tam siecia znajomych. Miedzy innymi takimi, ktorzy mieszkali na 27 metrach kwadratowych na poddaszu z widokiem na Sacre Coeur. Przestrzen ta jednak wydawala sie za mala. Szczegolnie, ze oprocz sympatycznego pol-Francuza (pol-Kaszuba ;)) zamieszkiwal ja kot (a kot jakim stworzeniem jest kazdy wie ;)). Dokladniej byla to kotka (co jeszcze bardziej komplikuje sprawe ;)).

Na szczescie Kaszubo-Francuz mial kolege, ktory posiadal sypialnie z salonem. W czasie ich rozmowy byl na tyle nietrzewy (czego dowiedzialam sie zaledwie dwa tygodnie temu ;)), zeby zgodzic sie na przenocowanie dwoch turystek z Polski.

W ten oto sposob 13 maja Roku Panskiego 2007 Francuzo-Kaszub + Edyta + ja wyladowalismy w salonie u P.

Gospodarz podjal nas, czym chata bogata, czyli... piwem ;).

Zostalysmy tam przez kolejne trzy dni i noce pijac 1664 (ulubione francuskie piwo P. ;))  i grajac na Wii do czwartej rano. Gospodarz przyniosl nam pierwszego ranka croissanty, a ostatniego wieczoru zrobil lososia w sosie waniliowym (przez zoladek do serca ;) i jak tu sie nie zakochac? ;)).

Kiedy wyjezdzalysmy wiedzialam, ze kiedys tu jeszcze wroce :) (wierzycie? nie? ja tez nie wierzylam w takie bajki jeszcze dwa lata temu ;))

A teraz P. opowiadajac o poczatku naszej znajomosci, mowi:

- Ja nie musialem sie starac. Moja dziewczyna zostala mi dostarczona bezposrednio do domu. Jak pizza ;)

poniedziałek, 11 maja 2009
Easy like a Monday morning ;)

W holdzie P.

Czego potrzeba, zeby zamiast Sunday wstawic Monday w popularnej balladce Faith No More?

Zoltych samoprzylepnych karteczek + dlugopisu + P.

Oto jaka poniedzialkowa niespodzianka czekala na mnie rano po wyjsciu P. do pracy.

Kolejnosc zgodna z przebiegiem akcji, a nie do konca z intencja autora.

Hum, que tu es belle!/ Hmm, jaka jestes piekna!

Na lustrze w przedpokoju - prawdopodobnie mialam przeczytac ten komplement przed wyjsciem do pracy - ubrana, wymakijazowana i pachnaca.

Autor nie sadzil, ze jego 'druga polowa' jest na tyle prozna, ze przeglada sie w kazdym napotkanym lustrze. A to po drodze do lazienki jest pierwsze!

Kiedy sie w nim zobaczylam nie do konca odpowiadalam opisowi ;) czyt. stylowy koltun, spiochy w oczach i oddech kojota ;)

Na drzwiach lodowki - tylko dlaczego to najprzyjemniejsze z wyznan wlasnie tam? Czy ma to cos wspolnego z tym, ze od przyjazdu przybralam kilka kilo, a on mimo wszystko... ;)

Bonjour/ Dzien dobry

Na lustrze szafy - to te wiadomosc powinnam przeczytac, jako pierwsza (czyt. w tym zwierciadle przejrzec sie na poczatku). Jak wiadomo z opisu wyzej - rogatym swym zwyczajem zmienilam porzadek i... wiecie, ze kuchnia jest jedynym pomieszczeniem, w ktorym nie mamy lustra? (a zanim tu przyjechalam WCALE tak nie bylo :)).

Bonne Journee/ Milego dnia

Na zamku od drzwi - i taki ten dzien byl :).

Karteczki zostaja na jutro. Niech wtorek zacznie sie rownie sympatycznie. Czego i Wam zycze :)

PS. Dodam jeszcze, ze raz na pol roku przysluguje mi kolacja przy swiecach, raz w miesiacu kwiaty, a masaz stop 'na zadanie' (prawie) ;)

czwartek, 07 maja 2009
Para z rozsadku, czy para z milosci?

Mam drobne wyrzuty sumienia. Zaangazowalam sie w pewien projekt (brzmi tajemniczo i tak pobrzmi jeszcze przez czas jakis ;)), ktory zabiera mi cala energie wczesniej z radoscia oddawana temu miejscu.

Do zaniepokojonych: ZYJE i mam sie dobrze.

Do zainteresowanych i cierpliwych: takie oto rzeczy zdarzylo mi sie przezyc ostatnio:

- karuzele, a wlasciwie ciag krzeselek, ktore spadaja z nadmierna predkoscia z wysokosci 54 metrow oraz rollocoaster, w ktorym mialam wrazenie, ze wypadne z fotela - Cyrk przyjechal do miasta, czyli Foire du Trone w Paryzu to wesole miasteczko, ktore instaluje sie tutaj na wiosne - szalenstwo cukrowych jablek i waty,

- piknik pod Wieza Eiffle'a, czyli obchodzilismy hucznie urodziny P., Rozkraczona Dziewoja blyskala, pilismy szampana, jedlismy truskawki i spiewalismy na cale gardlo nasze polskie 'sto lat',

- dwa filmy: Romaine par moins 30 z niezwykla Sandrine Kiberlain (od mojego szefa uslyszalam, ze podobno ma polskie korzenie ;)) – przyjemna, lekka, nie za bardzo smieszna komedia oraz Soeur Sourire ze sliczna Cecile de France (choc nazywa sie ‘Cecylia z Francji’, jest Belgijka) – biografia zakonnicy, ktora ze swoim przebojem Dominique wyprzedzila na listach przebojow w latach 60-tych Beatles’ow i Elvisa – polecam :),

- zakup nowych butow! :) - poszlam po czarne klasyczne, a zakochalam sie w kremowych odlotowych; w efekcie, jak rasowa kobieta, wyszlam z... dwoma pudelkami: w jednym para z rozsadku, w drugim – z milosci; teraz przeprowadzam test, ktora para wytrzyma dluzej,

- nadmierna konsumpcje wczoraj wieczorem (ser roquefort z gruszkami i kaczka z orzechami ;)) ukarana koszmaaaaaaaaaaarami w nocy i zieeeeeeeeeeeeeeeewaniem w dzien.

Wkladam zapalki w oczy i wracam do pracy... Aaaaaaaaaaaaaaaa + (tlum. na razie)