Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
wtorek, 31 marca 2009
Jeden dzien z panem Julesem/ Diane Broeckhoven

Po calej serii sympatycznych, cieplych komentarzy zdecydowalam sie zamowic te ksiazke.

Pomimo, ze... nie jest gruba.

Ja nie cierrrrrrrrpie cienkich ksiazek (tak, jak chudych Francuzow, cienko krojonego sera i szczuplawej kwoty pojawiajacej sie, co miesiac na mojej kartce z wyplata ;)).

Ale dalam sie skusic. I co?

I nic.

Przeczytane, zapomniane...

Mialo byc poetycko, gleboko i o sprawach najwazniejszych... Bylo o tych ostatnich, ale albo tak gleboko, ze nie wystarczylo mi powietrza i musialam wyplynac, albo bylo za malo stron i zdazylam jedynie zamoczyc stopy.

Te wszystkie male dzielka P. Coelho (pewnie sie naraze, ale nie lubie), E.E. Schmitta (zachecona Malymi zbrodniami malzenskimi - ktore uwazam za Swietne przes duze S - przeczytalam pozostale i nie zastosowalabym juz duzego S (malego zreszta tez nie ;)) i autorki Jednego dnia... Diane Broeckhoven - to chyba jednak nie dla mnie.

Spodobaly mi sie w tej ksiazce trzy zdania o zabarwieniu przyrodniczym, ktore Wam tu wiosennie przytocze...

... jej glos sila wyrwal sie z gardla, jak ptak wystraszony z zarosli.
Jej slowa lataly po pokoju jak motyle.
Wspomnienia opadly ja jak chmara latajacych mrowek.

A teraz wracam na moja 153 strone Mezczyzn, ktorzy nienawidza kobiet/ Stiega Larssona...

poniedziałek, 30 marca 2009
Bo koperek byl za ostry

Grubej juz nie ma. Odfrunela :( Zostalo po niej jedno jajo.

Drugie:

- zabrala? (Drodzy Panstwo Ornitolodzy, jesli na te strone przypadkowo zawitacie, czy mozliwe jest, zeby golab przetransportowal swojej jajko z punktu A do punktu B? A mowe nawet C?),

- zniszczyla? (choc nie ma sladow jajecznicy),

- a moze ktos je podprowadzil? (P. zaklina sie na wszelkie swietosci, ze on nie ma z ta sprawa nic wspolnego).

Pierwsze, co przyszlo mi do glowy, jak to zobaczylam to ksiazka Wybor Zofii Williama Styrona. Tytulowa bohaterka musi dokonac tytulowego wyboru... dziecka, ktore uchroni przed smiercia w komorze gazowej. Chyba powinnam przestac czytac, bo mi sie na mozg rzuca...

Ale dlaczego Gruba to zrobila? :((((

Mam kilka podejrzen:

- po moim blogowym wpisie zostala zatrudniona do filmu i niedlugo zobaczymy ja w produkcji Nad dachami Paryza, czyli le fabuleux destin de Gruba?

- miala juz po dziurki w dziobie mojego wscibskiego oka paparazzi (choc zapewniam Was, ze dreczylam ja umiarkowanie i w sprawie wyzszej - o tym ludzie chca czytac, i to przynosi szmal...) ?

- a fait la greve (zastrajkowala) przeciwko pasywnemu wysiadywaniu w gniezdzie i poszla obrzucac jajami cwane sojki?,

- w obliczu kryzysu, dokonala obliczen i wprowadzila kryzysowy plan oszczednosciowy - jedno jajko na rodzine?

- a moze koperek zaczal jej sie wpijac w gruby tylek?

- To po prostu stupide pigeon (glupi golab) - skwitowal caly sprawe P.

:I

Mala Moskwa

Jestem opozniona w przypadku tego filmu. Niestety Pod dachy... polska kinematografia nie dociera tak sprawnie, jak kolejne czesci Taxi.

Dzieki pewnej Sympatycznej Mlodej Mamie udalo mi sie jednak film zobaczyc. I swoje 3 eurocenty chce wtracic (cholera! Nie starczy mi teraz na te ohydna lure z maszyny. Tant pis (nie szkodzi)).

W Malej Moskwie podobalo mi sie wszystko oprocz... romansu :I. Podobal mi sie pomysl osadzenia historii milosnej w czasach PRL w radzieckiej bazie wojskowej, podobaly mi sie stare legnickie osiedla, podobalo mi sie sposob przedstawienia zaklamanej, napietej przyjazni polsko-radzieckiej. Bardzo podobalo mi sie odstepstwo od sterotypowego myslenia – nie kazdy radziecki lotnik to diabel wcielony, nie kazdy zolnierz Ludowego Wojska Polskiego to zdrajca bez charakteru (choc wyczytalam, ze pierwowzor Michala mial raczej slaby kregoslup moralny).

Dlaczego nie przekonala mnie historia milosna? Bo byla powierzchowna, zle napisana, zle zbudowano w niej napiecie. Spotkanie pierwsze – pierwszy taniec, spotkane drugie – pierwszy pocalunek, spotkanie trzecie – pierwszy seks. Tak to sie pokazuje romansiki nastolatkow w amerykanskich komediach. A nie romanse w dramatach z udzialem ROSYJSKICH AKTOROW (prawdziwych slowianskich dusz, tych co szybciej uwierza w nieszczescie niz w szczescie).

Jest tutaj piekna scena. Michal Janicki (zolnierz LWP, filmowy Romeo) gra na pianinie i mowi: Ludzie kiedys mieli duzo czasu dla siebie. Wszystko moglo trwac tyle, ile trzeba. Zblizali sie do siebie powoli. Bez chamstwa. Bez pospiechu. Nie na skroty.

Najwyrazniej tworca scenariusza zachwycil sie rowniez tymi - stworzonymi przez siebie - slowami i dlatego tak wlasnie pokazal to uczucie – na skroty. Szkoda.

Ciekawe, co powiedzialby Michal Janicki w naszych czasach? :(

Rola Wiery znacznie obnizyla temperature tego uczucia. Przez pierwsza czesc filmu jest zimna, wyniosla i nieczula. Kiedy w drugiej sie roznamietnia (niezly jest jej naiwny sprzeciw wobec radzieckiego dowodztwa, podsumowny slynnym: musi to na Rusi, a w Polsce, jak kto chce ) ja juz nie umiem w to uwierzyc. I nie chodzi to wcale o aktorstwo pieknej Swietlany Hodczenkowej, ktora wydaje sie byc uczennica starej szkoly – co to zagra i dumna dame, i rozgoryczona furiatke, i pieknie zaspiewa (choc polska poezja z rosyjskim akcentem – pomimo calej mojej sympatii dla tego jezyka – nie do konca odpowiada moim uszom), i ladnie zatanczy... Taka zimna rybe przewidzial najwyrazniej scenariusz.

Pomimo, ze romans w Malej Moskwie byl za malo dramatyczny, a film nie wycisnal ze mnie ani jednej lzy (co jest nader dziwne) warto bylo poswiecic nan dwie godziny sobotniego popoludnia :)

piątek, 27 marca 2009
Co robi Gruba na moim koperku

Ja wiedzialam, ze tak bedzie...

Bedziemy mieli male.

(Kochani Rodzice!, nic sie nie denerwujcie - jestem umiarkowana ofiara nowych technologii i raczej nie poinformowalabym Was o tym, ze zostaniecie dziadkami przez bloga ;))

Wlasciwie to Gruba bedzie miala male.

Ale starym literackim zwyczajem zacznijmy od poczatku.

Ogrodka mi sie zachcialo. W ogrodku wiadomo grillem mozna sobie nasmrodzic, pohustac sie w pijano-romantycznym uscisku na hustawce, spasc z hamaka, uswinic i uprosic porzadnie ziemia...

Kiedy mieszka sie na 40 metrach kwadratowych, na czwartym, bez windy i balkonu, w centrum Paryza ogrodek staje sie marzeniem trudnym do realizacji nawet dla takiego profesjonalisty w spelnianiu moich zachcianek, jakim jest P.

Ale od czegoz jest Conforama (mam nadzieje, ze za te reklame skapna mi sie jakies jurki, albo przynajmniej darmowy talon na taczke ;)) i odrobina wyobrazni.

2 korytka, 2 worki ziemi i 2 paczuszki nasion pozniej (2-2-2, niech zyje feng shui ;)) ogrodnicza przyszlosc stanela przede mna otworem.

Otworzylam kuchenne okno i wykreowalam moj wlasny kawalek zieleni w wielkim miescie. To znaczy na razie jest to raczej kawalek brunatnosci. Ale kiedys sie zazieleni.

Ja wierze. P. jest... sceptyczny. - Dlaczego? Nic nie odpowiada, tylko wskazuje na trupa podarowanego mi kiedys storczyka. Ojej, od poczatku mu mowilam, ze on  jest rozchwiany psychicznie. I co? W koncu popelnil samobojstwo :(

Ja wiedzialam, ze tak bedzie.

One sa wszedzie. Od rana grrrruuuuuuuuuchaja na parapetach. Dlatego postanowilam chronic mon petit jardin (moj maly ogrodek) przed efektami ich sprosnych dzialan. Ale... Grrrrrrruba wziela nas z zaskoczenia. Nie bylo nas cztery dni i...

- Kochanie, mamy golebia na oknie w kuchni - oswiadczam przerazona przez telefon, bez zbednych bajerow powitalnch w stylu: salut, ca va, etc.
- Ale rusza sie jeszcze, czy juz niezywy? - pyta przytomnie P.
- No zywyyyyyyyyyy, zalozyl gniazdo.
- Cool. Bedziemy miec jajka za friko.

:I

Przyznam sie, ze ja poczatkowo chcialam rowniez sie jej pozbyc. Bezczelna. Zalozyla sobie dom na moim koperku!!!! A potem zobaczylam jajeczka...

- Teraz juz nie mozemy jej wyrzucic. Ona juz zlozyla jajka. To byloby nie fair - tlumacze z rozczuleniem.
- A ona postapila fair zakladajac gniazdo na parapecie naszej kuchni? - smieje sie P.

Pobyt Grubej wzbudzil:

- nowe pomysly na kulinarne spedzanie wieczoru - On fait quoi ce soir? On mange un pigeon? (Co robimy wieczorem? Jemy golebia?) (na marginesie: najwykwintniejsze danie, jakie jadlam w zyciu to byl wlasnie: golab w sosie mietowym ;)),

- podejrzenie, ze budzi sie u mnie instynkt macierzynski - Jej chyba zimno. - I co chcesz z tym zrobic? - No moze dam jej jakis stary sweter? - Cha cha cha,... chyba odzywa sie twoja coté maternel (matczyna strona). - Ale ja nie mam matczynej strony. - Chyba wlasnie sie budzi. Niestety ;)

- watpliwosci - czy, aby dobrze robimy przyczyniajac sie do rozrodu istot, ktore skutecznie zaklocaja nam weekendowe poranki i robia z naszych okien... kloake?

No ale Gruba jest i trzyma sie, jak 35-letni Wloch mammy.

- Nie spodziewalem sie, ze uda Ci sie cos wyhodowac w tym ogrodku. Szczegolnie... jajka.

Gruba Galeria

 

czwartek, 26 marca 2009
Moje piec minut

200 wejsc, slownie: dwiescie, dwa-zero-zero, nawet nieco ponad (no dobra to 'ponad' zrobilam ja wchodzac i rozkoszujac sie widokiem statystyk ;)). A wszystko za sprawa tego:

Dostalam swoje 5 minut. Poczulam sie jak Kasia Cichopek ;).

Oto ona: MOJA PRYWATNA CHWILA POPULARNOSCI ;)

Zobaczylam i... od razu zachowalam sie, jak kobieta, i to w dodatku kobieta polskiego pochodzenia - cala w kompleksach postanowilam... zdewaluowac swoj sukces (choc ze znajomoscia takich slow powinnam wreszcie pogodzic sie z faktem, ze jestem na niego skazana ;)).

Trzeba Wam wiedziec, ze jak sie upre to nie istnieja dla mnie rzeczy niemozliwe. Dowodem moze byc umiejetnosc komunikowania sie (bo napisanie: znajomosc zakrawalabo jednak na przesade) - w jezyku francuskim oraz utrzymywanie sie na rolkach (choc tylko na powierzchniach plaskich ;)).

Po niezbyt wnikliwej analizie faktow udalo mi sie stwierdzic, ze do rubryki: Polecamy na stronie glownej www.blox.pl wpada sie... z automatu.

Wystarczy okolo 2-miesieczne uzaleznienie od wlasnego bloga ;)

Najzabawniejsze jest to, ze ja zaliczylam wpadke z postem... fotograficznym.

Ja nie robie zdjec. Uwazam, ze slowem posluguje sie - i owszem - umiarkowanie biegle, ale... aparat? Te wszystkie obiektywy, zoom-y i inne statywy c'est pas mon truc (w tlumaczeniu nader wolnym: to nie moja bajka). Tymczasem zrobilam pierwsza w moim zyciu serie zdjec i... od razu TAAAAAAAAAAAAAAAAAKI SUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUKCES ;)

Teraz kiedy juz wiem, ze zadna w tym jednak moja zasluga moge spokojnie zastanowic sie co zrobic z pieknym pejzazem, ktory zostal zaprezentowany Waszym oczom powyzej.

Mam kilka pomyslow:

a/ nadrukowac na T-shircie (P. ma niedlugo urodziny ;)),

b/ powiesic w kibelku kolo slowek z hiszpanskiego,

c/ przerobic na kartki i w zaleznosci od okolicznosci (po dorzuceniu choinki, kurczaka albo balonikow) wysylac do znajomych,

d/ wyslac jako lancuszek szczescia do znajomych,

e/ stworzyc profil na Naszej Klasie.

Swoja droga nie rozumiem, jak Ci z czolowki najchetniej czytanych blogow to wytrzymuja. To ciagle zycie w blasku fleszy. Ja na szczescie spadlam juz z pierwszej strony i moge wrocic do mojego spokojnego zycia w Paryzewie ;)

wtorek, 24 marca 2009
Wiosna, cieplejszy wieje wiatr...

... wiem, wiem - wieje, ale wcale nie cieplejszy - dlatego wysylam Wam i sobie (dzis przeprosilam sie z kozakami ;)) kilka slonecznych zdjec sprzed dwoch tygodni z Ardeche (region odrobine na poludnie od Lyonu). Na pohybel szalom i rekawicom!!!

dosc tych kwiatkow, teraz odrobina tworczosci ludzkiej...
 i znowu boskiej... znajdz Filemona ;)
 ... P.an i jego pies...
... P.an i nie jego pies ;)
... Piekna i Rycerz :)
wiecej: http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/WiosnaWArdeche#
23:13, karolinabart
Link Komentarze (2) »
Nagrobek z lastryko/ Krzysztof Varga

Idzcie i czytajcie, bracia i siostry. Ksiazka jest swietna. I jest o nas. O pokoleniu obecnych 30-latkow. Nasz styl zycia podsumowuje w niej... nasz wnuk. Robi to z perspektywy roku 2070, z perspektywy VI RP, ktora powstala po kolejnej wojnie i powstaniu warszawskim. Jest w niej nasza nedzna codziennosc z uzaleznieniem od roboty, fajek, alkoholu, sztucznego zarcia. Z wymuszona miloscia i dobijajaca samotnoscia. Z przerwami na oczyszczajce okresy leniwego bezrobocia, trzezwosci, braku potytoniowego 'kapcia w ryju', zywnosci ekologicznej.

Czytajac myslisz - tak wlasnie zyje - a zaraz potem - cholera, nie wyglada to za dobrze...

Ksiazka jest taka, ze - pierwsza mysla, ktora przychodzi ci do glowy w czasie porannej wizyty na kibelku (wlasnie tam przychodzi z reguly do mojej pierwsza mysl dnia) - jest... ufff... jak to dobrze, ze dzis wieczorem bede mogla czytac te ksiazke, jak to dobrze, ze ja zauwazylam i kupilam (mimo, ze dwukrotnie przeplacilam ;)), jak to dobrze, ze przede mna jeszcze blisko 300 stron. Znacie te ksiazki, ktore pozeracie, a jednoczesnie robicie to z jakims takim powolnym uswieconym namaszczeniem... zeby tylko sie za szybko nie skonczylo?

Taki wlasnie jest Nagrobek z lastryko. A wlasciwie jego pierwsza czesc - ta ktora dotyczy naszych czasow (zgadzam sie, z Justyna Sobolewska z Przekroju, ze druga polowa, czyli futurologia (...) świat wnuka, wychodzi Vardze ciut gorzej niż cała reszta).

Ogolnie jest jednak szczegolnie... dobrze. Jesli chodzi o forme jest nawet wiecej niz dobrze. Jest rewelacyjnie. Umiejetnosci zabawy jezykiem, gier slownych, skojarzen zazdroszcze Vardze okrutnie. Tak pisac... (rozmarzam sie ;)).

To ja wchodze teraz na merlina, zeby zamowic wszystko opatrzone nazwiskiem Varga, a wy... idzie i przeczytajcie Nagrobek z lastryko, bracia i siostry.


A tutaj mala dawka blyskotliwosci i zlosliwosci autora: http://rozmowy.onet.pl/5,artykul.html?ITEM=1097936&OS=50460
Ja polubilam...

A tymczasem w kraju..., czyli podróże z nosem w górze

                                                   Dedykuje ten wpis, wszystkim, ktorzy bardzo chcieli i sie ze mna spotkali

                                                   oraz tym, ktorzy chcieli nie mniej, ale im sie tym razem nie udalo.

                                                   Dziekuje Wam i do nastepnego razu ;)

Nie było mnie niewiele ponad pół roku. Nędzne 6 miesięcy nie trzymałam ręki na pulsie. Jedynie 214 dni sytuacja pozostawała poza moją kontrolą. Tylko 5136 godzin nie byłam au courant. I co? Zmieniło się, oj zmieniło. Oto teraz:

- na wakacje nie jeździ się już do Chrowacji, ale do... Iranu,

- piątkowych wieczorów nie spędza się już jedynie przy piwie z sokiem, ale przy piwie z....cover'ami i testami...chłopakami z gitarami,... którzy mogą być parami, z rozalkoholizowanymi oczami...,

- umawia się nadal na dziewiątą, ale kiedy człowiek budzi się o ósmej, żeby pospieszyć na umówioną wieczorną zupę chmielową okazuje się, że to ósma... rano i czas już, co najwyżej na mleczną,

- matki Polki roztańcowują swoje brzuchy,

- osoby dynamiczne diagnozowane są jako... anemiczne,

- blondynki słowiańskie przefarbowują się na skandynawskie,

- a Ci, którzy zawsze zasypiali już na czołówce filmu o 20-stej oglądają z wypiekami film o 2.30 nad ranem.

Całe szczęście, że:

- w pierwszy dzień wiosny nadal pada śnieg z deszczem,

- na Miłostowo nadal jeździ przedpotopowa ósemka,

- ulubionym weekendowym sportem poznaniaków jest sztafeta z koszykami w Browarze, Plazie i M1,

- przyjaciółki niewidziane od trzech lat nadal rozumieją słowacki i moje poczucie humoru,

- a oczy innych są nadal zielone, nadal w nich kwitnie nadzieja, i nadal ładnie komponują się z seledynowymi bluzkami.

- To Ty sie zmieniłaś. Teraz jesteś Paryżanką - kpi P., który wie, że ten epitet jest dla mnie gigantyczną obelgą ;)

Hmm... czyżbym nosiła nos tak, że zajrzenie w moje trous de nez (dziurki od nosa) nie jest już trudne? ;)

czwartek, 19 marca 2009
Jestem w Polsce, zaraz wracam

Jest tu kilka takich miejsc, gdzie WARTO sie paletac ;)

http://www.youtube.com/watch?v=3WpusG6vTnI

 

wtorek, 17 marca 2009
Sceny z życia za ścianą/ Janusz L.Wiśniewski

- Sentymentalna, plytka, grafomanska – takie mniej wiecej zdanie uslyszalam od mojego kolegi w trakcie dyskusji na temat Samotnosci w sieci Janusza L. Wisniewskiego. Ja wtedy bylam ta ksiazka dotknieta i z przekonaniem jej bronilam. Potem przeczytalam raz jeszcze. I... musze przyznac mu nieco racji.

Nie przeszkadza mi to jednak w czytaniu wszystkich ksiazek, ktore wyszly spod klawiatury tego autora. Po co? To jest troche jak czytanie Grocholi – dokladnie wiesz, jak sie skonczy, ale... i tak czytasz kolejna wersje tej samej dobrze znanej historii.

 

Ma sie wrazenie, ze Wisniewski, aby napisac ksiazke najpierw czyta gazety, oglada wiadomosci (wiadomo, ze to niewyczerpane zrodlo przygnebiajacych historii), (moze i podsluchuje pod sciana, jak to sugeruje w Scenach z zycia...) a potem idzie do lochu - gdzie oddycha gazem lzawiacym, popija pot, gryzie czarny chleb - i otwiera swoja puszke Pandory. Wyskakuja z niej historie takie wlasnie, jak w tej ksiazce – obezwladniaja depresja, trauma po molestowaniu w dziecinstwie, zdrada, obojetnosc w zwiazku, osierocenie na smietniku, beznadziejna samotnosc.

 

Dla mnie proza Wisniewskiego jest troche jak keks z rodzynkami. Mozna z niej powybierac:

- kilka smakowitych stwierdzen: Kochanki zdarzaja sie ostatnio mezczyznom o wiele czesciej niz mandaty za zle parkowanie albo Partia samotnych w wiekszosci krajow eurpejskich moglaby wygrac wybory,

 

- interesujacych  faktow naukowych: Ktos ustalil model kobiety, ktory geometrycznie i graficznie jest rzekomo doskonaly (...) Zaledwie 4% kobiet na swiecie odpowiada temu modelowi i to tylko przez okolo 6,5% czasu trwania ich zycia. Mnozac te dwie liczby przez siebie, dostaje sie cos, co naukowcy nazywaja bledem pomiaru lub wartoscia zaniedbywalnie mala. Dlatego powinno sie ja naprawde zaniedbac. Dla prawdy o kobietach,

 

- oraz ze zbioru okolo dwudziestu felietonow-opowiadan dwa, ktore warte sa lektury - tytulowe Sceny z zycia za sciana oraz Wirtualnosc z ciekawymi zwrotami akcji na koncu.

 

Reszta to tylko zwykle ciasto ;)

 
1 , 2 , 3