Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
czwartek, 26 lutego 2009
Co gorsze - zmarszczki na twarzy, czy na brzuchu?

Znowu bedzie ballada wagonowa. Niestety nie mnie obwiniac, ze tutaj najciekawsze rzeczy dzieja sie w kanalach. Moze warto pomyslec o porzuceniu przezwisk: zaby i slimaki, na rzecz... kretow ;) (przynajmniej w odniesieniu do mieszkancow stolicy).

Zazwyczaj czas w metrze spedzam z nosem w ksiazce. Unikam w ten sposob wrazen zwiazanych z obserwacja odchylen roznej masci. Tym razem ksiazka wziela mnie z zaskoczenia i... niepostrzezenie sie skonczyla. Uch... przebrzydle czytadlo (chwile wczesniej byla jeszcze szalenie interesujaca pozycja ksiazkowa ;)). Stoje wiec czapowato i zawieszam oczy na tresciach przyklejonych we wnetrzu wagonu (ostatnio SNCF prowadzi akcje doksztalacajaca na teczowo-gejowskich dymkach, ktorej celu nadal nie moge zalapac).

- Czy chce Pani usiasc? – podnosi sie z krzeselka Francuzik (nazywam go tak, bo chlopina jest wzrostu charakterystycznego dla tego narodu, czyli... bynajmniej nie slusznego), na oko w moim wieku.

O matko z corka!

O cholera!

O...laboga!

Wydarzenie godne odnotowania nie tylko na tej biednej stronce z moim popiskiwaniem, ale co najmniej w Le monde, Le Figaro i innym L‘express. Ustepowanie miejsca w tym miejscu mialo miejsce po raz pierwszy. Przynajmniej ja widzialam po raz pierwszy, zeby ktos ustepowal komus miejsca w paryskim metrze.

I DLACZEGO WLASNIE MNIE? L

a/ jego niskosc uznal moje 183 cm za ewidentne kalectwo i ustepowal osobie – w swoim mniemaniu – niepelnosprawnej,

(to moja ulubiona wersja jego sposobu myslenia, ale co jesli...)

b/ potraktowal mnie, jak osobe wiekowa - co oznacza, ze polroczny pobyt w smogu, bez sportu, na owocach z Franprix, pomimo stosowania cenionych francuskich kosmetykow dodal mi... 30 lat (sic!)

c/ stwierdzil, ze jestem w ciazy – czyli, ze polroczna dieta serowo-croissantowo-mouseauchocolate’owa odcisnela wyrazny slad na moim brzuchu.

Nie wiem, co gorsze - zmarszczki na twarzy, czy na brzuchu? :(

środa, 25 lutego 2009
Kobiety pragną bardziej/Ce que pensent les hommes

Recenzja dla kobiet. Jestesmy zalosne, Moje Drogie. Dlaczego?

- bo po pierwszych randkach czekamy w napieciu az nasze rozowe telefoniki zadzwonia,

- bo pozwalamy, aby nam nawijac makaron na uszy i mydlic oczy,

- bo nie oponujemy kategorycznie, kiedy sie z nami nie zenia, i kiedy odwlekaja wspolne potomostwo,

- bo dajemy sie oszukiwac, oklamywac i zdradzac... a potem to wybaczamy,

- bo...

Jestesmy patetyczne, naiwne, wychowane na zlych bajkach, niebezpiecznie romantyczne, ckliwe, ale... umiemy wymusic, zeby czyscili sitko pod prysznicem z wlosow ;) Blerk :I

Jesli jeszcze tego nie umiecie i chcecie zobaczyc jak to osiagnac – czyste sitko oczywiscie, bo wysokim stopniem naiwnosci, genetycznie, a potem kulturowo obdarza sie laskawie kazda z nas – zapraszam do obejrzenia filmu pod tytulem...

a/ He's Just Not That Into You (jesli ogladasz, go w Stanach lub Wielkiej Brytanii) – co w superdowolnym moim tlumaczeniu oznacza: On po prostu nie jest od ciebie uzalezniony (jesli macie inne bardziej zgrabne jezykowo i blizsze doslownosci tlumaczenie chetnie zamienie lub dolacze J)

b/ Ce que pensent les hommes (jesli wybierasz sie do kina w ojczyznie Moliera ) – co przetlumaczylabym prosto :  To, co mysla mezczyzni

c/ Kobiety pragną bardziej (jesli stales sie szczesliwym posiadaczem biletu na film w naszym snieznym kraju).

Jeden skromny film, a taka obfitosc tytulow ;). Choc... budzet chyba nie mogl byc az tak skromny patrzac na obsade. Wlasnie ze wzgledu na spietrzenie wszelkich Jennifer Connely i Aniston, Scarlett Johansson (powinna sluzyc jako wzorzec kobiecej seksualnosci w Sèvres), Drew Barrymore, etc... wybralam sie na to dzielo. Majac swiadomosc, ze dzielem to nie bedzie. Spodziewalam sie lekkiego, delikatnie zabawnego filmu. I taki byl – z usmiechem, czasami nawet ze smiechem. Z odrobina zlosliwosci. I z przymruzeniem oka.

Szkoda, ze na koncu wylali po amerykansku warstwe lukru. Najpierw zatrzesla mi sie broda, pozniej upuscilam sentymentalna lze. Przez to przyslowiowe szczesliwe zakonczenie zburzono zlosliwa, gorzka, ale i prawdziwa teorie o nas kobietach. To przez nie film zyskal miano komedii romantycznej. Cholera znowu zwyciezyl Kopciuszek ;(

Recencja dla mezczyzn. Zobaczcie, jakie skutki moze miec palenie po kryjomu przed zona...

niedziela, 22 lutego 2009
Potworny karnawal w Paryzu

Dzisiaj ulicami Paryza przeszedl straszny i smieszny korowod karnawalowy. Pomysl sciagnieto od mieszkancow Rio. Choc... niezupelnie, czyt. wyeliminowano polnagie tancerki samby, nad czym - jak nietrudno sie domyslic - ubolewal P. ;).

Tutejszy karnawal odbywal sie pod tytulem: Monstres et monstruosites, czyli potworow i potwornosci nie brakowalo. Aparat P. sprawdza sie duzo lepiej w takich sytuacjach niz moje bajdurzenie, wiec popatrzcie...

Wiecej na http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/CarnavalDeParis#

Amour et chipolatas, czyli I9 to gdzie?

Do teatru nas przywialo. Czasem probujemy udowodnic swiatu, ze taka z nas kulturalna para, co to do teatru i na koncerty,... ;) Nie dajcie sie zwiesc. Wybralismy sztuke przez male s, czyli przyjemne toto, posmiac sie mozna, sympatycznie zagospodarowana polowa piatkowego wieczoru, ale zadnych glebokich przemyslen, wnioskow... A przepraszam. P. znalazl moral opowiastki, ktory zdradzil mi z duma po wyjsciu; - Jesli go kochasz, to mu klam ;) Slodziak :)

Nie sadze, zeby ktores z Was moi kochani przyjaciele w najblizszym czasie mialo sie wybrac na sztuke Amour et chipolatas wiec ogranicze sie do krotkiego opisu (np dla Reine Marguerite, ktora moze chwycic kota i przyjechac do Paryza, zeby zazyc odrobine teatru ;)):

- miejsce akcji: ogrodek pewnej panny, w ktorym odbywa sie impreza grillowa,

- czas akcji: na tydzien przed slubem owej panny,

- bohaterowie: ona + 3 jej ex (1/wykrawatowany przedstawiciel handlowy, w ktorym kochala sie majac 11 lat, 2/wyluzowany i lekko podstrzelony astroktostam-podroznik, 3/cyniczny, zblazowany gej - na moje oko Paryzanin ;)) + przyszly szczesliwy malzonek.

To juz daje pewien obraz, prawda?

Zrozumialam jakies 80%, smialam sie czesto (cale szczescie mniej wiecej rowno z reszta, co jest dosc rassurant). P. smial sie rzadziej i... w tych 20% akcji, ktorych ja nie rozumialam :I 

Cala ta pisanina o sztuce (a moze sztuczce - bez obrazy, bylo zabawnie) po to, zeby opowiedziec o niezwyklym zwyczaju panujacym w paryskich teatrach. Otoz istnieje tutaj tradycja prowadzenia widza na miejsce przez specjalnie do tego oddelegowane panie (byc moze i panow, ale dotychczas dane mi bylo spotkac jedynie przedstawicielki mojej plci). Taka pani stoi w przejsciu, ty pokazujesz jej bilet, ona odczytuje gdzie cie usadzic, prowadzi cie tam, a ty dajesz jej za to... napiwek. Niezla fucha, co? ;) Wedlug naszych luznych obliczen, jesli kazdy da pani 1 euro to pani potrafi wyjsc ze 100-150 euro po seansie :)

Niepokoi mnie wyrazna nieumiejetnosc odczytywania wspolrzednych swojego miejsca na widowni przez mieszkancow tego kraju. W teatrach robi to wspomniana nizej dama, a w kinie po prostu bilety sa nienumerowane. W zwiazku z czym dzicz zalewa sale kierujac sie znakomicie znana w przyrodzie zasada: kto pierwszy ten lepszy.

To powoduje, ze w kraju, w ktorym na poczatku ubieglego stulecia zalozono Miedzynarodowa Federacje Zeglarska i, ktory szczyci sie swoimi tradycjami marynistycznymi (zreszta czym sie nie szczyci ;)) zlozenie I z 9 stanowi takie wyzwanie, ze... wiekszosc filmow ogladam z glowa zadarta bolesnie w pierwszym rzedzie ;(

O wyzszosci bon appétit nad enjoy your meal

Po ekspresowej wizycie w Wielkiej Brytanii pozostaly mi jedynie wspomnienia kulinarne. Kiepskie wspomnienia kulinarne. Dlatego wystosowuje ten apel...

Mozecie mnie nazwac zblazowana, rozpieszczona i rozpuszczona, w dodatku krotkoterminowa, nieobyta i niedoswiadczona mieszkanka Paryza, ale… musze: 

Drodzy moi rodacy, ktorzy wyjezdzacie za chlebem na Wyspy !

Nie wiecie, co czynicie !

Jest inna ziemia obiecana, w ktorej :

- salatka z boczkiem przyproszona parmezanem to wybor salat+dlugie cienkie plastry smacznej lardon cru + warzywa w roznej konfiguracji + wspaniala oliwa, a nie 3 (slownie i doslownie: TRZY!!!)  liscie kapusty pekinskiej + TWARDE (jak indianskie piety) kawalki miesa + majonez (pomieszany z sosem vinegrette a moze nawet octem, fuuuj)

- do salaty podaja obowiazkowa chrupiaca bagietke w dowolnych ilosciach, a nie zostawiaja cie na pastwe (czy to pochodzi od pastwiska? jesli tak – to jest tu bardzo na miejscu) losu z zielenina jak zaleknionego krolika i teraz sobie zuj, czlowieku,

- sandwich to solidny kawal buly, z tlusciutkim lososiem albo drazniacym kubki smakowe kozim serem (fromage de chèvre), a nie chleb tostowy (wyobrazacie sobie – ten cienki slodkawy bialy gniot, ktory sprzedaja tez u nas na tosty!!!) przelozony niedojrzalym pomidorem i czym jeszcze lepiej nie wiedziec.

Pomijam male wagoniki w metrze, korki na autostradach (sic!!!), mile, funty, itp. odstepstwa od normy.

Skupiam sie jedynie na kuchni, bo uwazam, ze... odkrylam tajemnice odwiecznej nienawisci Anglikow do Francuzow ;). Chodzi po prostu o jedzenie. Wyspiarze zazdroszcza froggies (tak, tak, nazywaja ich podobnie, jak my ;) smacznego zarcia. Tego, ze smakuja  i delektuja sie, a nie tylko zywia w celach podtrzymania czynnosci zyciowych organizmu. Kiedy mowisz bon appétit spodziewasz sie fois gras, golebia w sosie mietowym oraz lodow z melisy, a enjoy your meal oznacza bacon & eggs albo fish & chips... bon appétit alors ;)

A ja to bym zjadla bigosu babci. I paczka z roza ;)

piątek, 20 lutego 2009
Przy-trzasnieta, czyli szpital dla psychicznie i nerwowo chorych na szynach

Paryskie metro. Szpital dla psychicznie i nerwowo chorych na szynach. Temat rzeka. Wlasciwie moglabym zalozyc bloga, ktory opisywalby jedynie zycie w podziemnycn tunelach metra. I ciagle mialabym o czym pisac.

Tym bardziej, ze wczoraj... oficjalnie dokonala sie moja inicjacja w gronie uzytkownikow podziemnej kolejki – rytualnie zostalam PRZYTRZASNIETA DRZWIAMI. Przestalam byc przecietnym pasazerem lub zdezorientowanym turysta. Teraz jestem KIMS, kto uzywa metra w sposob naturalny – wsiada i wysiada bez wzgledu na jakies nedzne sygnaly ostrzegawcze.

Kolejne stopnie wtajemniczenia, ktore musi przebyc uzytkownik, zeby zyskac miano profesjonalnego metro-szczura (nie oszukujmy sie - w koncu to przemieszczanie sie w kanalach) to:

1/ skrzywiona twarz, pod zadnym pozorem nie wolno sie usmiechnac, kto chce sie usmiechac na zewnatrz i pedalowac na velib-ach !!! (to inna forma transportu w stolicy – rower wypozyczany na czas),

2/ rano, kiedy jest najwiekszy scisk pod zadnym pozorem nie wolno sie przemieszczac do srodka wagonu, trzeba pozostac sklejonym w wielkiej kupie tuz przy drzwiach ( moze w ten sposob paryskie single funduja sobie terapie z przytulania gratuit? ), w srodku wagonu pozostaje tymczasem miejsce i dostep do teoretycznie swiezego powietrza,

3/ wsiadac do kolejki nalezy w sposob zblazowany, w tempie zolwia z przestrzelona noga, stanac w przejsciu i zastanawiac sie: hmmm... gdzie jestem? Aaa... w metrze. Ale po co? Aaa... zeby sie dojechac do pracy. I co ja teraz powinienem zrobic? – w tym momencie ktos bardziej zniecierpliwiony, np. ja dzga delikwenta w nery - Aaauuu... to moze sie przesune. Ale w prawo, czy w lewo? A pozniej to ja juz w sposob maksymalnie brutalny pomagam mu dokonac tego egzystencjalnego wyboru,

4/ trampki, czy to snieg, czy slota, czy -5, czy +32.

Jak u mnie ze spelnieniem powyzszych wymogow?

ad 1/wszyscy, ktorzy mnie znaja wiedza, ze opanowanie tego wymogu - szczegolnie rano - to dla mnie croissant z maslem

ad 2/ i 3/ nadal pozostaja poza moim zasiegiem. Po prostu mnie to WSCIEKA!!!!

ad 4/ spelnie wiosna z wielka rozkosza. Ja + buty + zakupy = WSZM. Od rozowych po czarne... Szanowny P., zwracam sie z uprzejma prosba o zamontowanie nowych polek na buty, z gory dziekuje za pozytywne rozpatrzenie mojej prosby, K.

W Paryzu jeszcze tak to nie wyglada, ale biorac pod uwage pierwsze miejsce Francji w rankingu rozrodczosci, pracownicy RATP juz moga szykowac biale rekawiczki.

http://www.youtube.com/watch?v=Cie_CyAyFbo

czwartek, 19 lutego 2009
Gringo wsrod dzikich plemion/ Wojciech Cejrowski

Tak mnie wzielo na podrozowanie, ze postanowilam znowu zmienic czas i miejsce.

Miejsce: Ameryka Srodkowa i Poludniowa,

Czas: pierwszych plemion, czyt. przedtelewizyjny, przedkomorkowy, przedlaptopowy.

Tym razem uczepiona mokrej ‘od lasu tropikalnego’ koszuli Wojtka Cejrowskiego. Wiem, wiem... wszyscy to juz czytali. Zostalam ostatnia, nieskazona i dzika, jak Darien (biegun dzungli).

Czytalam same pozytywne opinie o tej ksiazce. Najmniejszej krytyki, krytyczki, czy krytykuni. Wszystko: na tak. Niestety musze sie przychylic (a chcialby czlowiek czasem antykonformistycznie, jak Wielki W. ;)) W jednej z recenzji ktos przyznal sie, ze te ksiazke ‘polknal bez gryzienia’. I ja, i ja!!! Ja tak samo ;) Napisana soczystym, krwistym, smakowitym jezykiem. Az zal nie lyknac.

Ksiazka - opowiesc J- ze swoim, powtarzanym, jak mantra: posluchajcie...

Oprocz oczywistych walorow zywieniowych (wspomniana juz wyzej latwosc przelykania) ma tez cechy:

a/leksykalne – gdyby we Francji motyle nazwano SCHMETTERLING! natychmaist oglosilyby strajk generalny, a propos motyli to: Panie Wojtku - teraz ma pan juz dwa na koncie: ten zlapany w stope i bursztynowy za Gringo...,

b/informacyjne – Najlepsze cygara na swiecie sa zwijane na spoconych udach kubanskich kobiet,

c/podrecznika savoir vivre’u – definicja ‘tupetu tarana’ i jej prezentacja na przykladzie obywateli Republica de Ubezpieczalnia – przyklad proponuje wpisac do Ksiegi Rekordow G. pod haslem: szczyt bezczelnosci,

d/atlasu zwierzat – ciekawe zwierzatko to canero (maly sum dostajacy sie do organizmu przez otwory ciala, zagniezdzajacy sie i obgryzajacy miesko ofiary od srodka), dobrze, ze P. tego nie czytal, bo jeszcze mialby niezdrowe skojarzenia, a ja zyskalabym nowa ksywke :),

e/spowiedzi lapowkarza ;) - Moj hiszpanski, przedtem nienaganny z ladnym meksykanskim zaspiewem, teraz nabral ciezkiego amerykanskiego akcentu, ktory we wszystkich jezykach swiata kojarzy sie z pieniedzmi gotowymi zmienic wlasciciela.

f/ przestrzegajaco-poradnikowe – ...od jedzenia 'czerwonych lbow' wiednie pinga &%*#?!?!!!

O cholera! Biegne zawiadomic mojego gringo, ze od dzis szlaban na pomidory, papryke, jablka (chyba, ze zielone), arbuzy i inne  buraki (o! tu sie ucieszy)...

wtorek, 17 lutego 2009
Sultan, kebab i hammam, czyli okrakiem na dwoch kontynentach

Piatek, 13 lutego

Dwugodzinne opoznienie w starcie samolotu, spowodowane opadami sniegu na lotnisku Charles'a de Gaulle'a (tak, tak, nawet na tak szacownych lotniskach natura pokazuje, kto tu rzadzi ;)) to niewielki pech, biorac pod uwage, ze byl piatek 13-tego, lecielismy Turkish Airways, a P. panicznie boi sie latac.

Ledwie wpadlismy do naszego hotelu w Istambule wlaczyl mi sie dyktatorski ton. – Mamy tylko weekend. Trzeba profiter do maksimum.

Zaczelismy od Blekitnego Meczetu. Jego fundator sultan Ahmed I za szalenstwo posiadania szesciu minaretow musial sfinansowac siodmy zazdrosnej Mekce. W srodku – wedlug naszego przewodnika – miala panowac une atmosphère inimitable, presque irréelle. Nie poczulam. Moze dlatego, ze przez 260 okien nie wpadalo - jak przez znaczna czesc roku - sloneczne swiatlo. Bylo ladnie i wysooooko. A poza tym cholernie zimno w stopy. Kiedy zdejmowalam buty przed wejsciem do meczetu wpadlam skarpetami na mokre od deszczu dywaniki. Brrr…

Dostalam swoja mala dawke Istambulu. Czas na spelnienie marzen mojego kebabowego skrytozercy. Przed wyjazdem odgrazal sie, ze bedzie jadl kebab na sniadanie, obiad, podwieczorek i kolacje ;) Przystapil wiec do ataku J

Kiedy okrazalismy pokazna bryle Hagia Sofia rozleglo sie nawolywanie muezina do modlitwy. Najpierw ze Swiatyni Madrosci Bozej, potem Blekitnego Meczetu, nastepnie… i ruszyli w zawody ;) Spiewali jeden przez drugiego. Jak papuzki w sklepie zoologicznym. Jutro o 6 rano zobaczymy, jak to jest miec zawodzenie muezina zamiast budzika.

Wkolo Hagii Sofii znajduja sie malenkie uliczki, z maciupenkimi latarenkami, z niewielkimi domkami z ich bialymi okienniczkami. Z Orientu wpadlismy znowu w atmosfere europejskiego slodkiego przedmiescia.

Koty. Wszedzie koty (moja kuzynko, mialabys tu ubaw po pachy ;)). Sa ich tysiace. I to nie szarobure dachowce, ale sliczne wielobarwne futrzaki. Dobrze, ze P.- ze wzgledu na zimowa aure - trzyma swoje agresywne antykocie koszulki pod kurtka J

Docieramy do Mostu Galata. Pod mostem znajduje sie ciag restauracyjek rybnych. Przewodnik ostrzega, ze obowiazuja tutaj ceny jak na Champs Elysees. Za to na moscie dwa tuziny wedkarzy. To co zlowia w metnych wodach Bosforu albo wpada do rak przechodniow w formie swiezej, albo przypieczone na malym ogniu konsumuja na miejscu przy akompaniamencie alkoholu i kolegow od moczenia badyla. Najwyrazniej tutaj nie ucieka sie na ryby po to, zeby zaznac ciszy i spokoju na lonie natury ;)

Ledwie uchodzimy z zyciem przechodzac przez stambulskie skrzyzowanie. Tutaj nie ma w ogole przejsc dla pieszych, a swiatla w ilosciach sladowych. Przechodnie przez ulice… przebiegaja. Obawiam sie, ze w jezyku tureckim nie istnieje slowo: przechodzien, ale raczej przebiegacz.

Krzywymi schodami, miedzy starymi podworkami, opuszczonymi ruderami straszacymi powybijanymi oknami docieramy do najnowoczesniejszej czesci Istambulu. Szerokiego deptaku Istiklal Caddesi, po ktorym sunie dostojnie malutki czerwony wagonik tramwajowy. Mozna go zobaczyc na wszystkich zdjeciach z tureckiej metropolii. Co zabawne potezna rzeka ludzi, ktora plynie po szerokim deptaku rozstepuje sie przed tym – ciagle brzeczacym – maluchem, jak Morze Czerwone przed Mojzeszem i narodem wybranym.

Wstepujemy do cukierni kuszacej tureckimi slodyczami. Oj Turcy to wiedza dlaczego slodycze nosza wlasnie taka nazwe a nie inna. Zageszczenie cukru i tluszczu na centymentr kwadratowy jest podobne do zageszczenia ludnosci w Singapurze. Probujemy lukum – pianko-galaretkowych kostek w roznych smakach otoczonych cukrem pudrem.

Wracamy do hotelu taksowka. Naczytalismy sie wiele o trikach stambulskich taksowkarzy, ale moje nogi sa za daleko od glowy i nie dociera do nich nawolywanie rozsadku. Nie mam juz sily nawet nimi powloczyc. Taksowkarz okazuje sie wysmienitym materialem na kolejny film Luca Bessona. Zjezdamy szybko po stromych waskich wylozonych brukiem – w taka pogode, wiec sliskich – brukach, zeby ostro zahamowac przed poprzedzajacym nas autem. Naklejki: zachowaj odstep jeszcze do tego zakatka Europy, no i Azji (fenomenalny ten twor cywylizacyjny lezy bowiem, jak powszechnie wiadomo na dwoch kontynentach) nie dotarly.

Sobota, 14 lutego 

Budzi nas… no wlasnie… nie slyszelismy nawet muezina tak twardo spalismy po wczorajszych goscinnych wystepach ;)

Plan dzis dosc napiety: Hagia Sofia, Palac Topkapi, Bazar Egipski, Wielki Bazar i Bazylika- Cysterna.

Nie spodziewalam sie, ze Swieta Zoska zrobi na mnie takie wrazenie. Budowana przez chrzescijan, w XV wieku dorobila sie minaretow, zeby kilkadziesiat lat temu skonczyc jako atrakcja turystyczna. Budowla jest w srodku prawie pusta – jak to meczety, ale na jej scianach pozostaly zlocone mozaiki – jak to swiatynie chrzescijanskie. Mozaiki, ktore znamy… ze szkolnych podrecznikow do historii. Czy Was tez przebiega przyjemny dreszcz ilekroc zobaczycie ‘na zywo’ cos, co funkcjonowalo dotychczas tylko na zdjeciach i w Waszej wyobrazni? Pamietacie Wasz ‘pierwszy raz’ z Wieza Eiffel’a, Big Benem, Bazylika Sw. Piotra...?;)

W swiatyni znajduje sie kolumna nazywana Pocaca lub Placzaca. Jest w niej otwor, w ktory nalezy wlozyc kciuk i obrocic dlon o 360 stopni. Jezeli koniec kciuka pozostanie lekko wilgotny spelni sie nasze zyczenie. Typowy chwyt turystycznych wyciskaczy kasy na calym swiecie. Mimo to rzednie mi nieco mina, kiedy moj palec jest suchutki. Czyzby moje zyczenie – nic przesadzilam z oryginalnosci i zazyczylam sobie, jak kazdy zmeczony turysta, zeby tu wrocic - nie mialo sie spelnic? – Pocaca sie kolumna. Bien sur. To pot wszystkich tych ludzi, ktorzy wkladali do niej paluchy  przed toba – slysze wrazliwy komentarz P.  Moze to i lepiej, ze mam suche palce, a pozycze sobie w innym miejscu.

Idziemy do Palacu Topkapi. Zaluje jednego – ze nie ogladamy go latem. Slonce pasuje bardziej do kolorowych mozaiek z kafli, do szerokiego tarasu z widokiem na Bosfor, do ogrodow, w ktorych – kiedy ono jest - hoduje sie tulipany (wedlug legendy stad przywieziono je do Holandii), do sultana i jego naloznic, wezyra, eunuchow, turbanow, swiecidelek, szerokich kanap... Cisnie mi sie na usta komentarz: - Kobiety byly traktowane przedmiotowo w tej kulturze, za to mezczyzni zyli, jak paczki w masle. – To musialy byc piekne czasy – rozmarzyl sie ucisniony P.

Zwalczamy malego gloda kolejna wersja kebaba JMoj zapieczony jest z oberzyna. PychotaJ Na rozgrzewke (ciagle pada, a naszym zdjeciom z parasolem posrod palm i meczetow na pewno nie bedzie brakowac oryginalnosci) herbata po turecku, czyli serwowana w malutkich pekatych szklaneczkach.

Ok – atakujemy stambulskie bazary – Egipski i Wielki (ten ostatni to miasto w miescie, największe kryte targowisko świata ze swoimi czterema tysiacami sklepów i polmilionowym tlumem przechodzacym kazdego dnia przez osiemnascie bram). Bazar Egipski jest jak slabszy, biedniejszy brat. Handluje sie tu glownie jedzeniem. W przewodniku na zdjeciach z tego miejsca pokazane sa kolorowe kopczyki egzotycznych przypraw. Chce miec takie ujecia w moim filmie. Ale jak to zrobic, zeby nie obsiedli nas mili, ale nieco natretni sprzedawcy.

Handel wydaje sie byc sportem narodowym mieszkancow Orientu. Mam wrazenie, ze chlopiec ktory rozlozyl na nedznym dywaniku paczki papierosow kupil je 200 metrow dalej i czeka az:

a/ wlasnie tutaj komus zachce sie zapalic

b/ wlasnie jemu uda sie kogos przekonac do zakupu

bo przeciez taki sam towar mozna dostac co kawalek.

P. chce kupic... nie tym razem nie kebab... ale lukum – nowy turecki rarytas na jego liscie – czyli slodycze, ktore smakowalismy wczoraj. – Tutaj sa – wskazuje (zreszta nie tylko tutaj, ale tam i tam, i jeszcze dalej J). – Ale nie wiem ile tu kosztuja? – odpowiada w marszu. Na co sprzedawca juz podchwycil. – 7 lirow tureckich – i juz wyjmuje pudelka, zeby pakowac cukierki. Decyduje, ze wezmiemy wiekszy kartonik (pozniej P. smieje sie, ze to po to, zeby moc spokojnie nakrecic dlugi kaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaawal filmu). Sprzedawcy sa czujni – od razu zauwaza, jesli zezujesz na ich towar, a jesli przy tym nie uslysza w jakim jezyku mowisz to zapytaja cie skad jestes i poplyna powitania w twojej  ojczystej mowie. Chcialam zacwaniakowac i na angielskie - irytujace juz w pewnym momencie - zaczepki postanowilam odpowiadac... po polsku. Nie podzialalo ;) Uslyszalam natychmiast: dzien dobry, jak sie masz? Pozniej P. mi wyrzucal, ze jego nie nauczylam tego grzecznosciowego pytania, ze on zna tylko: co slychac? Nieszczesnik ;) Przekreslilam jego  kariere handlarza na arabskim targu.

Wielki Bazar jest bardziej la classe (oczywiscie w znaczeniu tureckim, bo w naszym mniemaniu kicz tu kicz, kiczem pogania) ze swoja zdobna bizuteria, wzorzystymi dywanami, barwnymi tkaninami, pachnacymi skorami,...

Wracamy do hotelu zajechani, jak konie po westernie i... porzucamy ambitny plan wyprawy na ryby (nie, nie chcielismy sie dolaczyc do przasnego towarzysta z Mostu Galata, raczej pokonsumowac wytwory Ciesniny Bosfor). Decydujemy sie na romantyczna walentynkowa kolacje przy... piwie i kebabie ;) – To jest kraj. W czterogwiazdkowym hotelu kebab stanowi podstawe menu – zachwyca sie moj francuski P. ;)

Na koniec kawa po turecku. Oni rzeczywiscie pija taka kawe, jak my – z gora fusow na dnie J Cudooooooooooownie… jak w domu... J

Na koniec wizyta w tureckiej lazni, czyli hammamie J Ja dodatkowo szaleje i umawiam sie na turecki masaz z mydlanej piany. Taki masaz robi sie w wilgotnym i cieplym hammamie, na ‘katafalku’ z kafli (nie jest to najwygodniejsze miejsce pod sloncem), bedac przykryta od stop do glow klebami mydlanej piany. Bardzo to wszystko przyjemne... do momentu az bezczelne mydlo zdecyduje sie podstepnie wlezc ci do oka... ;)

Niedziela, 15 lutego 

We wczorajszym grafiku nie odhaczylismy Bazyliki-Cysterny. Jest to podziemny zbiornik wody oparty na 336 kolumnach (dwie z nich maja podstawe w formie glowy meduzy). Dno swiatyni wypelnione jest woda, w ktorej plywaja ryby i... do ktorej wrzuca sie monety spelniajace zyczenie (odrabiam wiec niepowodzenie z Pocacej sie Kolumny). Chodzi sie po plataninie drewnaninych mostkow. Kolumny podwietlone sa od dolu pomaranczowym swiatlem. Z sufitu kapie woda. Jest mokro, ciemno, zimno i... do domu daleko ;) Bardzo oryginalnie. Trudno to opisac slowami. 

Polazilismy jeszcze troche nedznymi zaulkami, marnymi uliczkami i... wrocilismy do domu.

Wlasnie sobie zdalem sprawe, ze po raz pierwszy bylem w Azji.

- Ja tez J

http://picasaweb.google.pl/bartkowiakkarolina/Istambul?authkey=weoIHarmTRw#

poniedziałek, 16 lutego 2009
To tu, to tam

Tak, tak - ostatni tydzien obfitowal w podroze w czasie i  przestrzeni. Najpierw Wielka Brytania, gdzie moglam pospac godzine dluzej (tylko teoretycznie ;)), a potem turecki Istambul, gdzie spiew muezinow rozlegal sie wczesniej niz wskazywal na to moj europejski czasomierz.

Duzo bajania przede mna, nie mniej czytania przed Wami... jak tylko uporam sie ze sterta ciuchow do wyprania i warstwa kurzu na nocnym stoliku... :)

poniedziałek, 09 lutego 2009
Plyne do Krolestwa...

nie - jeszcze nie Niebieskiego - o czym moglby swiadczyc kolor tla ;)

Do Krolestwa Brytyjskiego. W delegacje. A niebiesko mi, bo plyne promem :)

Posłuchajcie panowie pewnej historii
O wesołku z Paryża, co żeglarzem chciał być,
A bawiąc w tawernie, nim przyjdzie dzień,
Śpiewajmy razem refrenik ten:

   Kili lalą la lą lalala lelila
   Kili lalą la lą lala le
   Kili lalą la lą lala le
   Bo śpiewać i tańczyć nam teraz się chce

Pewnego razu do portu Brest
Przybył facet z Paryża, co wielki miał gest.
Postawił rum i zaczął z nas drwić:
"Zobaczcie, Bretończycy, jak trzeba pić."

Pierwsza kolejka - już dobry był,
No a po drugiej czuł się jak król,
Ale po trzeciej zmętniały oczka,
Upadł pod ławę i zasnął jak wół.

Autorzy

słowa: Tomasz Misztal

muzyka: trad.

 
1 , 2