Ziemia nie kręci się wokół Słońca, Ziemia kręci się wokół Paryża
piątek, 30 stycznia 2009
Strajk ma wielkie oczy

- Zabieram koc. I termos. I… latarkę też wezmę - biegam nerwowo po mieszkaniu w środku nocy ( 6h15 to przecież jakaś nienaturalna pora na pobudkę ).

- Qu'est-ce que tu fais, toi?

- Jak to co ? Przecież dzis jest GREVE GENERALE. Tłumaczyłeś mi, że strajk generalny oznacza po prostu, że TOUS les Français strajkują. Wszyscy!!! Media trabią, że jest grand bordel, że strajkuje poczta, administracja, mrówki z Renault i Cytryny, pozamykano szkoły, anulowano część lotów, a przede wszystkim będą utrudnienia w transporcie publicznym. Jadę autem, ale może mnie przyblokują gdzieś na przedmieściach – muszę być przygotowana. Na najgorsze.

Na podstawie funkcjonowania komunikacji miejskiej w Paryżu można by opisać efekt motyla. Awaria żarowki na stacji Parmentier może spowodować całkowity paraliż miasta ;) Przedwczoraj poranna awaria w RER A spowodowała exodus 4 000 Paryżan - spragnionych swojej porannej kawy - ciemnymi korytarzami metra. Co dopiero w czasie strajku generalnego.

Wyjechałam do pracy pół godziny wcześniej niz zwykle. Dojazd zajął mi... uwaga!!!... tadadadadaaam...10 minut mniej niż zazwyczaj. Wracając również osiągnęłam jeden ze swoich rekordowych czasów. W ciągu całego dnia nie spotkałam osobiście żadnych ofiar perturbacji w transporcie miejskim. Może z wyjątkiem S. i Ch., które utknęły w linii 8 na skutek... drobnej awarii technicznej. Miałam wrażenie, że wszystko funkcjonowało, jak w zegarku. Szwajcarskim.

Dlaczego? Francuzi są mistrzami strajku. Jego wirtuozami :). Jeśli akurat nie biorą w nim udziału to albo télétravaillent – czyli 'pracują przez telefon w domu' ;) albo biorą dzień RTT – czyli urlopu. W ten sposób garstce śmiałków, która jednak podjęła wyzwanie dotarcia do firmy, udaje się to... łatwiej niż w normalny dzień...

Dzisiaj już bez koca, termosu i suchego prowiantu przebijałam się przez codzienną korkową rzeczywistość. Ponad godzinę.

- Putain, wczoraj był strajk i jazda szła, jak po maśle, a dziś znowu grande galère - wydyszal N. wchodząc do biura.


* * *


Wczoraj zrobiliśmy pierrade :) To taka 'zabawa' z jedzeniem, polegająca na tym, że każdy 'uczestnik' kładzie na podgrzewanej kamiennej tabliczce - stojącej na środku stołu - dowolnie wybrane kawałki jedzenia. Nasza wczorajsza upływała pod znakiem morza. Przypiekaliśmy więc krewetki, ośmiorniczki, łososia, Świete Jacque'i,... Zabawa była wyśmienita :)))).

Niestety  jedzieeeeeeeee teraz u naaaaaaaaaas jak w Centrali Rybnej ;((((

czwartek, 29 stycznia 2009
Nocny pociąg do Lizbony/ Pascal Mercier
Większość opisów tej książki brzmi tak: 50-kilkuletni profesor języków klasycznych z Berna, którego każdy poniedziałek przypomina wtorek, wtorek – środę, środa..., przechodząc przez ten sam od 30 lat most spotyka Portugalkę, chcącą popełnić samobójstwo, odwodzi ją od tego zamiaru i... odmienia się jego życie. Uff... Zachęcające?

Po Portugalce przychodzi fascynacja Portugalią, językiem portugalskim, literaturą portugalską, książką portugalską, portugalskim autorem książki portugalskiej. Zachęcające?

Może dla studentów iberystyki... ;)

Pod wpływem książki jedzie do Lizbony... I chyba to było zdanie, które mnie przekonało do przeczytania Nocnego pociągu. Bo ja mam pociąg do książek w ogóle, a do takich, które traktują o tym, jak bardzo pociągające są książki w szczególe :) Pachniało Cieniem wiatru/ Carlosa Ruiza Zafóna, który wciągnęłam nie śpiac, nie jedząc, nie myjąc się ;) Fani Cienia wiatru nie powinni być rozczarowani – ciekawa historia gwarantowana.

A jednak inna.

Biografia człowieka budowana krok po kroku w oparciu o relacje ludzi, którzy go spotkali. Nie zawsze ZNALI. Spotkali. Dla, których był albo bratem ratującym życie za pomocą tracheotomii; albo ulubionym lekarzem, który pewnego dnia ośmielił się leczyć kata dyktatury Salazara; współtowarzyszem w ruchu oporu; czy też przyjacielem, który sprezentował aptekę. To czytelnikowi - prowadzonemu za rękę przez profesora - udaje się poznać go najlepiej. Układa jego postać, jak z puzzli. To czytelnik - dzięki profesorowi - jako pierwszy dowiaduje się, że tajemniczy Portugalczyk pisał. I to jak PISAŁ.

Fragmenty jego delikatnie filozoficznej książki to jak bonus do Nocnego pociagu do Lizbony. Książka w książce. Dwie książki w cenie jednej ;) Ta dodana nie jest jednak tania broszura, która się nie sprzedaje. Bynajmniej!!! Padają w niej proste ważne pytania, które zapominamy sobie zadawać. Czasem także ważne odpowiedzi. Nie tak proste.


Nie do czytania w metrze. Raczej w dużym miękkim fotelu z małą lampką z boku w ciemny wolny od obowiązków wieczór. Wtedy można się nieprzyzwoicie rozsmakować. Smacznego... :)
 

środa, 28 stycznia 2009
Mon ami iPhone

- Ty wiesz jakie iPhone ma bajery? Możesz pisać palcem po ekranie i słyszeć skrobanie. Kiedy nim poruszasz... o tak – i zaczyna przebierać rękami w powietrzu, jak tonący – to będzie wydawał odgłos jak świetlny miecz rycerzy Jedi. Albo zachowuje się, jak ta zabawka, którą gdy obrócisz do góry nogami to muuuuuuuuuuuuuuuuuczy.
 
Jak zabawka? Co muuuuuuuuuuuuczy? Jasne - przecież muczenie jest cechą, którą powinien posiadać każdy szanujący się telefon. Muczenie jest warunkiem sine qua non. Muczenie jest podstawą, bazą, jedyną prawdą. Zapewne tak samo niepodważalną jak to, że... MEŻCZYŹNI TO WIELKIE DZIECI.
 
Poza tym, do kogo ta mowa? Do kogoś, kto jeszcze do niedawna stanowił obiekt drwin przy każdym niewinnym wyciągnięciu telefonu z torebki. – Ooo... przemieściliśmy się w czasie? Albo - Witamy w XX wieku.
 
Dla mnie telefon sluży do dzwonienia, a nie do...
 
- Ależ kochanie, dzięki iPhone’owi mogę:
 
(uwaga! Tylko dla amatorów mocnych wrażen! Grozi kalectwem lub śmiercią... z wrażenia %#*&#@#!!!#)
 
° sprawdzić pogodę nie wychodząc z łóżka – w ten sposób upadła moja idea zakupu termometru okiennego, a P. pozbył się za jednym zamachem marudnego babska i zaoszczędził w dobie kryzysu ;),
 
° na bieżąco przeglądać pocztę – co dla kogoś uzależnionego towarzysko jest jak pociąganie z piersióweczki w windzie dla alkoholika,
 
° wyszukać, jak dotrzeć do najbliższej piekarni – cholera! w ostatnią sobotę w drodze wyjątku to ja byłam po bagietki. Niby był zmęczony, ale... o mój Boże!... może sie wstydził przyznać, a po prostu... zapomniał drogi,
 
° zapisać listę zakupów – hurrrrrrrrraaaaaaaaa!!! Vivement kwadrans tracony za każdym razem na szukanie długopisu, i dziesięć minut przeznaczone na znalezienie kartki,

° rozpoznawać wykonawców utworów przykładając aparat do głośnika - hmmm... sprawdziłam skubańca - Odkryjemy miłość nieznaną Alicji Majewskiej jest mu obca, jak mi suahili :P
 
° obilczać kiedy będziesz miała okres - ??????????????????
 
Szkoda, że nie miał iPhone’a wcześniej. Może przepowiedziałby kryzys ekonomiczny albo przynajmniej, kiedy administracja francuska upora się z dostarczeniem mojej Carte Vitale.

Biegnę sprawdzić czy prasować potrafi... muuuuuuuuuuuuuuuuj przyjaciel iPhone ;)